Pół do jedenastej jesteśmy w Lahore, ale pociąg bardzo powoli przebija się przez miasto. Co chwila semafor, i każde kolejne 5 minut postoju wydaje się teraz szczególnie denerwujące. Za oknami ruchliwe ulice, mimo późnej godziny, chociaż może właśnie dlatego - dzień to słońce - kłębowisko ludzi, riksz i samochodów. Oślepiające światła, kolorowe neony na wieżowcach i gołe żarówki wokół slumsów. Im jaśniej świecą, tym trudniej jest przyjrzeć się mijanym budynkom. Po ilości świateł widać jedno - to ogromne miasto. Wreszcie pociąg zatrzymuje się na stacji. Nareszcie, jak to miło poczuć pod nogami nieruchomą ziemię. Rzuca się na nas tłum naganiaczy, dla których biali pasażerowie to nie lada gratka. Oferują wszystko, hotel, taksówkę, pomoc w niesieniu bagażu. Dosłownie się o nas biją. „No, thank you” powtarzamy co chwila, przepychając się do wyjścia. Czesi przyjmują zaproszenie młodego Pakistańczyka i zachęcają nas, do pojechania z nimi czekającą już rikszą. Nie mamy specjalnych powodów, aby mu nie ufać, ale jesteśmy już, jak to się mówi „po przejściach”. Wokół nas gromadzi się coraz większy tłum i czujemy się spychani w kierunku motorikszy. Pakistańczycy robią się coraz bardziej natrętni i pokazują nam naszego znajomego z pociągu przywołującego nas ręką. Wymykamy się i po zrzuceniu plecaków zaczynamy się naradzać. Magda wyciąga swoje xero LP i szukamy hotelu blisko stacji. Jest już noc i włóczenie się po tym dosyć niebezpiecznym, jak ostrzegają przewodniki, mieście nie ma większego sensu. Podchodzi facet i wciska nam wizytówkę hotelu. „Very cheap, very good” zapewnia nas co chwila z niewiarygodnie szerokim uśmiechem. Normalnie przepędzamy naganiaczy, ale teraz byliśmy tak zmęczeni, że było nam już wszystko jedno. Pytamy czy blisko. Bardzo blisko. Na lewo od wyjścia z dworca, ulicą wzdłuż długiego muru, przeskakując przez rowy kanalizacyjne (to się kiedyś źle skończy i się skąpiemy) idziemy za naszym przewodnikiem. Widząc, że słaniamy się na nogach Pakistańczyk zarzucił na ramiona plecak Magdy i uśmiecha się jeszcze szerzej. W końcu zatrzymujemy się przed jakimś budynkiem, i po kilkudziesięciu stopniach wiodących do góry schodów dochodzimy do drzwi z napisem QUEEN’S WAY HOTEL. Oglądamy pokój, na podłodze bordowa wykładzina i bladozielone ściany. Nie otwierające się okno, wychodzące na oddalony o kilka metrów mur innego budynku, przysłonięte brązową zasłoną. Na suficie potężny wiatrak i terkoczący klimatyzator w kącie pokoju, zionący lodowatym powietrzem. Ogromne łóżko, przykryte burym pledem. Łazienka i prysznic na dachu. Pytam, czy jest ciepła woda i nasz gospodarz potwierdza z radością. Ile za noc? 175 RPk. Zostajemy. 

Pół godziny później doszło do awantury. Magda zdążyła wziąć prysznic i wróciła do pokoju. Ja w tym czasie skończyłem prać swoje umorusane niemożliwie spodnie i podkoszulek, i kiedy stanąłem wreszcie pod prysznicem, nagle rozległ się złowieszczy bulgot, kran zagwizdał drwiąco i wody przestało być. Klnąc pod nosem pobiegłem do właściciela (spał już) i zażądałem włączenia wody. Odmówił tłumacząc, że minęła już północ, a o tej godzinie wyłączają generator. Zagroziłem mu, że jeżeli zaraz nie będzie wody, to odda nam pieniądze i pójdziemy do innego hotelu. Ponieważ facet z miną aniołka udawał, że nie rozumie o co chodzi, nerwy mi puściły i nie tracąc czasu na przypominanie sobie angielskich przekleństw zbluzgałem go po polsku. Wróciłem do pokoju i tłumacząc Magdzie sytuację spakowałem plecak. Nagle uświadomiłem sobie, że jestem tylko w bokserkach, a moje uprane ciuchy wiszą na sznurze na dachu. Magda leżała już przykryta śpiworem i po jej oczach poznałem, że prędzej umrze, niż wstanie i zarzuci 15 kilogramowy plecak. Ponownie się wkurzyłem, teraz na nią, za nielojalność, ale w końcu dałem za wygraną. Gdybym wcześniej nie uprał spodni, to mimo, że ledwo stałem na nogach, poszedłbym szukać innego hotelu, nawet jeżeli miałbym łazić całą noc. Niestety miałem już tylko spodnie z krótkimi nogawkami i pokazywanie się w tym stroju na ulicach miasta zamieszkanego w 100% przez wyznawców Allacha, prawdopodobnie nie wprawiłoby tubylców w zachwyt. Poszedłem spać śmierdzący jak cap. 

Następnego dnia rano wykąpałem się i porozmawiałem ze współwłaścicielem hotelu (innym). Zaczął mnie przepraszać za kłopotliwą sytuację, a ponieważ był bardzo miły, a ja po zmyciu tygodniowego brudu odzyskałem humor, również go przeprosiłem. Swój wczorajszy wybuch gniewu usprawiedliwiłem tym, że zostaliśmy zapewnieni, przez jego kolegę, że z wodą nie ma problemu i nikt nie uprzedził nas, abyśmy wzięli prysznic do północy. Zgodził się wymienić nam pieniądze po niezłym kursie i wróciłem do pokoju po portfel. Magda była już ubrana i zamówiła śniadanie - herbatę z rogalikami. Okazało się, że hotel ma trzech właścicieli, oprócz tych, których już poznałem jest jeszcze jeden, i to on przyjął od Magdy zamówienie. Powiedział też, że nie musimy sami chodzić po nic do sklepu (woda, napoje, których idzie średnio 5 litrów dziennie), oni nam wszystko dostarczą do pokoju bez żadnej prowizji. Przeglądając portfel zorientowałem się, że brakuje mi 20$. Jeden banknot wyciągnięty wcześniej z „tajnej” kieszeni w spodniach. Spociłem się w jednej chwili. Wczoraj przed upraniem spodni, wyjąłem plik 100, 50 i 20$ banknotów, odłożyłem 20$ do portfela, resztę schowałem pod materac łóżka na wysokości głowy. Drżącą ręką wymacałem zwitek banknotów. Przeliczyłem. Zgadza się. Co za ulga, ale gdzie się podziała dwudziestka z portfela? Portfel leżał całą noc w bocznej kieszeni plecaka. Magda przecież nie wzięła, więc? Kiedy zginęła ta 20-ka? Pytam Magdę, czy podczas mojej nieobecności wychodziła z pokoju. Nie. Kiedy był właściciel i zamawiała śniadanie, ani na moment nie zostawiła go samego. A więc zginęły w nocy. Ale jak, kiedy pokój zamknęliśmy na własną kłódkę, a okno jest chyba zaspawane? Czyżby jakieś tajne wejście? Ściany składają się z łączonych płyt, ale wszystkie wyglądają solidnie. Obejrzałem dokładnie drzwi. Może jakiś numer z zawiasami, my tu się barykadujemy, tymczasem zawiasy na pineskach? Nic z tego, futryna mocno osadzona, zawiasy na solidnych śrubach, lekko pordzewiałych, ale bez jakichkolwiek zadrapań. Czary, czy co? Magda twierdzi, że mam przywidzenia i pewnie się pomyliłem, ale ja wiem na pewno, że odłożyłem do portfela 20 dolców, po za tym reszta pieniędzy stanowiła równą kwotę więc nie mogło być mowy o pomyłce. Ktokolwiek tu wszedł, abstrahując już od tego w jaki sposób, dlaczego zabrał tyko 20$, a nie np. Canona za 300$, który leżał sobie spokojnie w torbie fotograficznej na stoliku przy łóżku? Inna sprawa, ze kradzież sprzętu tej wartości nieuchronnie wiązałaby się z interwencją policji i szczegółowym śledztwem, natomiast zniknięcie 20$, no cóż nikt nie przewróci z tego powodu hotelu do góry nogami. Widocznie wolą kraść łyżeczką, ale bezkarnie, niż chochlą narażając się na kipisz i represje. Nie wiem, co o tym myśleć, Magda mówi, że mam zwidy, ja jestem pewien, że miałem w portfelu pieniądze. 

Rikszą spod hotelu pojechaliśmy do jednego ze słynnych Lahorskich ogrodów. Nie było to jednak nic rewelacyjnego. Gdyby nie deficyt wody, byłoby może na co popatrzeć, ale teraz z powodu suszy wszystkie fontanny w basenach i sadzawkach były martwe. Nasza obecność musiała wzbudzić zainteresowanie pracowników ogrodu, gdyż podszedł do nas jakiś facet i powiedział, że postarają się coś zrobić, abyśmy mogli podziwiać park w całej okazałości. Po chwili fontanny ożyły na moment, ale efekt był na tyle mizerny, że można było przypuszczać, iż odejmują sobie od ust wodę przeznaczoną do picia. Potem pół godziny rozmowy z sympatycznym staruszkiem (profesorem), któremu nie wiedzieć czemu, największą radość sprawiało pociąganie go przez Magdę za siwą brodę. Magda znów nie miała ochoty na jakieś zaawansowane zwiedzanie (źle się czuła), więc aby poprawić jej humor poszliśmy do Mc Donald’sa, gdzie po kilku hamburgerach wyzdrowiała. Dopiero pod wieczór wybraliśmy się do Wielkiego Meczetu, zanim jednak tam dotarliśmy było już za ciemno na robienie zdjęć. Nie były to też godziny zwiedzania, tylko pora modłów i nasza obecność wywoływała zdumione spojrzenia Pakistańczyków. Mimo to udało nam się wejść na dziedziniec. Magda ubrana teraz w spodnie, w chustce na głowie jakoś przemknęła się przez bramę. Nie odważyliśmy się jednak podejść do wrót meczetu. Wymagałoby to przejścia przez cały rozległy dziedziniec, pozostało nam jedynie przyglądanie się spod otaczających plac arkad. Ale i to nie trwało długo, wszyscy mijający nas mężczyźni patrzyli na nas wytrzeszczonymi oczami, a kiedy się jeszcze zorientowali, że mają przed sobą białą kobietę, niedwuznacznymi ruchami pokazywali nam drogę powrotną. 

W końcu stało się też to, co wczoraj przepowiedziałem. Wracając w nocy do hotelu, szliśmy naszą znajomą ulicą wzdłuż muru. Po drodze zapuściliśmy się na zakupy w poprzeczne wypełnione sklepami i straganami uliczki. Nagle usłyszałem za sobą krzyk Magdy. Kątem oka zobaczyłem, jak traci równowagę i jedną nogą wpada w kanał z szambem. Nadepnęła widocznie na ruchomą, niestabilną płytę chodnikową i ta obsunęła się pod jej ciężarem. Na szczęście poza wytytłaniem nogi w śmierdzącej, błotnistej breji nic jej się nie stało, i całe wydarzenie skwitowaliśmy tylko wybuchem śmiechu. 

Klimatyzacja w naszym pokoju wpędza mnie do grobu. Na początku, pod palącym słońcem, każdy marzy tylko o lodowatym powiewie ożywiającym całe ciało. Co innego noc. Spanie przy włączonym „na maxa” wiatraku i klimatyzatorze błyskawicznie prowadzi do bardzo uciążliwego w tym klimacie przeziębienia, czego właśnie doświadczam. Kiedy przed wyjazdem lekarz wyposażyła moją apteczkę w zestaw antybiotyków przeciwgrypowych, patrzyłem na nią, jak na zbyt opiekuńczą babcię. Przeziębienie w tropiku? Teraz mam dreszcze i leje mi się z nosa. Magda śpi zawinięta w śpiwór, ja mam tylko prześcieradło do przykrycia. Na szczęście udało mi przekonać Magdę, że po wyłączeniu klimatyzacji i zmniejszeniu obrotów wiatraka będzie mogła spać bez konieczności owijania się śpiworem. 

Rano po prysznicu w zimnej wodzie (generalnie w hotelach tej klasy jest tylko zimna, podgrzewa się w ciągu dnia, kiedy słońce pada na biegnące po ścianach rury, ale to dopiero około południa i wystarcza do nocy, rankiem woda jest lodowata), autobusem nr.4 za 8 PRs (pół godz.) do wioski Attari pod granicą. Stamtąd, innym autobusem za 6 PRs  (piętnaście minut) dojechaliśmy do granicy. Tu zaskoczenie. Podchodzi do nas starszy Pakistańczyk i pyta skąd jesteśmy - nic nowego, 200 razy dziennie. Po chwili prowadzi nas do swojego kramu z książkami, i z trudną do opisania dumą pokazuje nam kilka polskich książek, od przewodników, przez fantasy i kryminały, po podręcznik filozofii. Pyta gdzie spaliśmy w Lahore. Odpowiadamy. Facet łapie się za głowę i krzyczy, że to bardzo zły i niebezpieczny hotel, i nie spotkał jeszcze turysty, który po spędzonej tam nocy nie zostałby okradziony. Około 1/3 z prawie tysiąca tanich hoteli w Lahore to takie miejsca. Przypominam sobie 20$. No cóż, miałem pecha. Bez problemów przechodzimy przez posterunek pakistański, i po kilku krokach zapraszają nas do pomieszczenia, gdzie hinduscy żołnierze patroszą nasze plecaki, i składają mi propozycję „nie do odrzucenia” wymiany dolarów po niezbyt dobrym kursie. Typowe. Do tego służą urzędy celne (i nie tylko), stworzone do zapewnienia „pasożytom” łatwego chleba, wystarczy tylko przeszukać czyjś plecak, walizkę, tu poszperać, tam coś zabrać pod pretekstem, że mamy czegoś za dużo i już można fajnie żyć. Normalnie nie odmówiłbym sobie przyjemności zwymyślania ich i tego całego bandyckiego procederu, ale teraz u celu podróży, z uwagi na to, że byłem z Magdą, nie chcąc ryzykować cofnięcia nas z granicy lub rewizji, w wyniku której moglibyśmy ponieść jeszcze większe straty, z ciężkim sercem zgodziłem się na wymianę 50$ (nie napiszę po jakim kursie, bo chyba dostałbym apopleksji). Najgorsze jest to, że ta banda złodziei dobrze wie, że cię okrada, ale uśmiechają się przy tym tak uprzejmie i cytują odpowiednie przepisy głosem tak miłym i pełnym życzliwości, że sam oskubany powinien poczuć do nich dozgonną wdzięczność. 

Okazuje się że to jeszcze nie koniec. To byli dopiero wojskowi, przed nami jeszcze jeden punkt odpraw i dopiero tam wypełnimy wszystkie papiery i formularze. Idąc w kierunku nowoczesnego budynku, spotykamy trójkę białych chłopaków. Zaczynamy z nimi gadkę po angielsku i dopiero po jakichś pięciu minutach rozmowy dostrzegamy, że jeden z nich ma na koszulce mały emblemat - „Uniwersytet im. Adama Mickiewicza”. Wybuchamy śmiechem i przechodzimy na polski. Oni wyjeżdżają już z Indii i jadą do Lahore. Pytają nas gdzie spaliśmy. Patrzymy po sobie zakłopotani i odpowiadamy - QUEEN’S WAY HOTEL. Znowu salwa śmiechu, a jeden z nich zaczyna gwałtownie bluzgać. Zginęło mu tam kilkaset dolarów w czekach i dopiero po interwencji policji, „znalazły się” gdzieś w kącie pod łóżkiem. No proszę jaki ten świat mały, w mieście jest tysiąc hoteli, a my od razu trafiliśmy tam, gdzie trzeba. Wymieniamy porady i ostrzeżenia. Oni mają już serdecznie dosyć Indii i o Hindusach są jak najgorszego zdania. Sami cwaniacy i naciągacze, nawet kiedy śpią, to śnią tylko o tym, jak tu oskubać kogoś na parę groszy. Po transakcji z wojakami na granicy gotów jestem w to uwierzyć. Wchodzimy do przestronnego i klimatyzowanego budynku, i po wypełnieniu kolejnych świstków w kilku egzemplarzach (tutaj też „walczą z bezrobociem”) opuszczamy granicę. Wreszcie, 22 sierpnia (środa) po 2 tygodniach JESTEŚMY W INDIACH.

 

Nareszcie...