W Quetcie byliśmy o 5-tej rano. Było jeszcze ciemno i całą grupą (razem z Czechami) szliśmy środkiem ulicy, prowadzącej do dworca kolejowego. Quetta nie jest ładnym miastem. Szarobure, niskie domy przypominające pudełka od zapałek, gdzieniegdzie nadkruszone. Jeżeli ściany budynków nie są ze sobą połączone, a przestrzeń między nimi jest za wąska, aby pełnić rolę poprzecznej uliczki, wówczas piętrzy się tam sterta śmieci, a dochodząca stamtąd woń pozwala się domyślać, że miejsce to spełnia także rolę publicznej ubikacji. Upiorny widok przysłonią dopiero, wystawione przez kupców na zewnątrz sklepów, kolorowe stragany. Chodniki po bokach ulicy są bardzo wąskie, w dodatku składają się z niezbyt stabilnych płyt, stanowiących jednocześnie przykrycie rowów kanalizacyjnych. Niekiedy kilku takich płyt brakuje, i w promieniu kilku metrów unosi się nieznośny smród. Powoli pojawiali się pierwsi przechodnie i otwierały się sklepy. Kiedy dochodziliśmy do dworca, słońce dawało już ostrzeżenia, że nie będzie żadnej taryfy ulgowej dla przybyszów z północy, a pierwsze furmanki, riksze i inne trudne do opisania i sklasyfikowania pojazdy, przepędziły nas na podziurawiony chodnik, gdzie każdy nieostrożny krok groził kąpielą w głębokim przynajmniej do pasa szambie.  

Na dworcu ustaliliśmy, że pociąg do Lahore odjeżdża o 14-tej z minutami. Pozostawało jeszcze kupno biletu, co w Pakistanie nie jest sprawą najprostszą. Kilkaset metrów naprzeciwko dworca mieści się specjalne biuro obsługujące cudzoziemców, gdzie można kupić bilet z 25% zniżką „na paszport”. Na miejscu okazało się, że jest niedziela i biuro jest zamknięte. Na szczęście była nas tam spora grupka i zdecydowano się zrobić dla nas wyjątek. Chyba ze dwie godziny czekaliśmy, aż urzędnicy przygotują się do pracy. „Fizyczni” wnosili do środka, specjalnie chyba na tę okazję czyszczone na zewnątrz, na naszych oczach, krzesła i stoły. Trzymali je z takim namaszczeniem, jakby nieśli najświętsze relikwie. W końcu weszliśmy do przestronnego pokoju, wypełnionego rzędami biurek. Dziewięciu urzędników bazgrało sobie coś z nudów, co chwila wyrzucając pomięte kartki do kosza. Jeden pisał na maszynie w tempie 1 klawisz na minutę, najwidoczniej układ klawiatury stanowił dla niego nieprzeniknioną tajemnicę. Reszta pokoju zastawiona była regałami, uginającymi się od teczek i papierów. Wszystkie pożółkłe ze starości i jak najniepotrzebniejsze. Wypisywanie naszych podań zniżkowych zajęło ponad pół godziny, kilka egzemplarzy tego samego formularza, kupno nawet jednej kserokopiarki wywołałoby tu zapewne „strukturalne bezrobocie”. Abyśmy się za bardzo nie nudzili, obsługujący urzędnik zabawiał nas pokazywaniem księgi pamiątkowej urzędu, o wpis do której my również zostaliśmy poproszeni. Po umieszczeniu tam kilku pochwalnych regułek pod adresem urzędu i jego pracowników - co stanowiło dla nich pewnie żelazny argument w udowadnianiu swoim przełożonym nieodzowności istnienia ich biura - otrzymaliśmy nasze zaświadczenia uprawniające do zakupu zniżkowych biletów. Kopie naszych podań zapakowane do kolejnej teczki, powędrowały na półkę, gdzie obok swoich starszych sióstr, matek i prababek podzielą ich pożółkły los... Swoją drogą ciekawe, czy sprzedano by nam bilety, jakiekolwiek, gdybyśmy chcąc zaoszczędzić te dwie godziny, kosztem 25% od kilku dolarów, od razu poszli do kasy? Bardzo wątpię.  

Kupon na zniżkę to jednak jeszcze nie bilet, a ten trzeba kupić na stacji, gdzie kłębiły się dzikie tłumy. Gdybyśmy stanęli w ogonku, to nasz pociąg pewnie dojechałby już do stacji końcowej zanim dotarlibyśmy do okienka, tym bardziej, że w Pakistanie każda kolejka rządzi się własnymi prawami i własną logiką. Raz wystarczy, aby ktoś nieuprawniony tylko zbliżył się do okienka, żeby podniósł się straszliwy raban, innym razem do środka kolejki wprasza się cały legion pretendentów nie wywołując u oczekujących nawet słowa komentarza. W końcu Magda na chama przepchnęła się przez tłum Pakistańczyków, prosto do okienka. Ponieważ w Pakistanie widok samotnej kobiety i to w dodatku zachowującej się tak ostentacyjnie to rzadkość, mężczyźni z głupimi minami przepuścili ją do kasy. Kupiła bilety dla nas i dwóch Czechów - 250 RPk.  

Do tej pory wydawało mi się, że  tereny przydworcowe - perony, torowiska - wszędzie wyglądają tak samo brudno i niechlujnie, ale dopiero tu, na dworcu w Quetcie zobaczyłem różnicę. Tutaj peron nie jest tylko platformą ułatwiającą wejście do pociągu. Wydaje się, że więcej ludzi tu mieszka, niż korzysta z niego zgodnie z planami budowniczych. Najwięcej jest tu tych, którzy nigdzie nie jadą, nie stać ich na to. Ale to miejsce ich przyciąga, fascynuje. Cielska lokomotyw ciągnące sznur wagonów, wypełniają przestrzeń między peronami, zaśmieconą tak, że ledwo widać tory. Papiery, butelki, puszki, ludzkie i zwierzęce odchody. Tych kilkaset ton stali spełnia jakby rolę prasy miażdżącej cały ten śmietnik, potem pociąg odjeżdża i wszystko zaczyna się od nowa. Na peronach są krany z wodą. Tu można ugasić pragnienie lub się odświeżyć. Okupujący wszystkie możliwe wolne miejsca żebracy z zazdrością patrzą na spoconych i niemiłosiernie umorusanych tragarzy, taszczących na swych wątłych plecach niewiarygodnie wielkie - jak na ich postury - skrzynie i paczki. Na nas patrzą jak na kosmitów, stanowimy dla nich coś tak nierealnego i odległego, że nawet nam się nie narzucają. Po umyciu się pod pompą na peronie, poszedłem na zakupy. Kupiłem kilka butelek wody (1.5 l - 20 RPk, cola - 8 -10 RPk) i owoce na drogę. U sprzedawcy owoców wymieniłem 10$ po kursie 63 RPk. 

Pożegnaliśmy się z pozostałymi Czechami i zapakowaliśmy do pociągu. Nie ma tu oddzielnych przedziałów, tylko obustronne siedzenia wzdłuż całej szerokości wagonu. Coś jak nasz podmiejski, tyle że korytarz jest przy oknie. Nad siedzeniami, po obu stronach oparcia rozpościera się przedzielona na pół leżanka. Teoretycznie jeden rządek siedzeń przewidziany jest dla czterech osób, ale tylko teoretycznie... Jeżeli pociąg do Bukaresztu wydawał mi się brudny, to mogę się teraz tylko roześmiać ze swojej delikatności. Siedzenia pokryte były centymetrową warstwą czarnego pyłu, nic dziwnego jeżeli pociąg nie posiada szyb tylko kraty, cały kurz unoszony podczas jazdy ląduje w wagonie. Do tego jakieś porozgniatane szczątki jedzenia, powciskane we wszystkie możliwe szczeliny... Naprzeciwko nas siedzi pakistańska rodzina, dwójka mężczyzn z żonami lub siostrami i małe dziecko - dziewczynka. Pakistańczycy bez przerwy coś jedzą (połowa jedzenia ląduje na ziemi, a ręce wycierają w siedzenia), kręcą się po całym pociągu, przychodzą się odwiedzać i wtedy siadają gdzie popadnie, wciskając się „na piątego”. Słowem panuje tam nieopisany bałagan, w dodatku nie ma za dużo miejsca, żeby przynajmniej rozprostować nogi. Cholera, zapomniałem, że minęliśmy ruiny Mohenjo Daro, ale Magda i tak pewnie nie zgodziłaby się jechać przez Sukkur z noclegiem i przesiadką. 

Pociąg wlecze się okropnie, jest cholernie gorąco, przez godzinę wypiłem całą butelkę wody - kupuje się lodowatą, ale w tym klimacie po kilkunastu minutach ma już temperaturę powietrza i wtedy jest ohydna. W naszym wagonie jest młody Pakistańczyk, chyba jakiś sportowiec, ubrany w stylu zachodnim, zna angielski i jego towarzystwo łagodzi nam uciążliwości związane z okazywaniem ciekawości przez resztę pasażerów. Magda jak zwykle śpi - zajęła leżankę na górze  (wykupiła tylko dla siebie, nie było więcej wolnych) i nie musi się użerać z Pakistańczykami siadającymi gdzie popadnie i kładącymi mi (i nie tylko mi) bezceremonialnie na kolana nogi myte chyba podczas ostatniego Ramadanu. To też taki tutejszy zwyczaj, oni nie znają pojęcia „strefy osobistej”, której przekroczenie jest przykre dla innych. Rozumują prosto, jeżeli jedynym możliwym sposobem przybrania wygodnej pozycji jest położenie siedzącemu naprzeciwko nóg na kolanach, to należy to zrobić, potem najwyżej on zrobi to samo... Po czterech godzinach takiej jazdy, jestem już zajechany jak koń po Wielkiej Pardubickiej. W Lahore mamy być za około 30 godzin, tymczasem ja już mam ochotę się powiesić. Trzy ostatnie noce spędziliśmy w autobusach, nogi mam tak spuchnięte, że nie widzę kostek, ból w udach i kolanach wywołany siedzeniem w tej samej pozycji z podkurczonymi nogami jest nie do wytrzymania... Patrzę na siedzących obok Czechów, próbują spać, ale jakby czując mój wzrok natychmiast otwierają oczy i uśmiechają się przez zaciśnięte zęby... 

Wieczór. Nie ma już palącego słońca, ale powietrze jest gorące i duszące jak wata. Tłok zrobił się teraz większy, bo kilku Pakistańczyków wyciągnęło przenośne malutkie dywaniki, rozłożyli je gdzie tylko się dało na podłodze i nawiązują łączność z Allachem. Na dodatek, w oknach nie ma szyb i do palących się w suficie świateł masowo zlatują się wszelkiej maści insekty. Komary i muszki, wszystkie bzycząc pchają się do oczu, uszu i nosa. Zrywa się wiatr i sypie w nas piaskiem zza okien. Wszystko zaczyna mnie swędzieć i drapię się po całym ciele. Nie wiem, czy jest to wina zaschniętego potu i czterodniowego brudu - tyle chyba upłynęło od ostatniego prysznica - czy muszek, komarów i innych robaczków przywianych razem z piaskiem. Czesi również zaczynają się „wecować” i tylko Pakistańczycy w swych szerokich i długich koszulach nie zdradzają żadnych oznak zaniepokojenia. Nogi mam tak zdrętwiałe, że już nawet nie mogę nimi poruszyć. Przypomniałem sobie, jak jeden z Czechów przed odjazdem powiedział, że jeżeli ktoś przeżyje w tym pociągu te 30 godzin, ten przeżyje już wszystko. Wtedy, mając za sobą ponad 7000 km, traktowałem to jako żart... Nie wypada, aby mężczyźni (a zwłaszcza biali) patrzyli na śpiące pakistańskie kobiety (zwłaszcza młode - takie jak siedzące naprzeciwko nas), Pakistańczycy przy pomocy wyciągniętego ze swoich tobołków płótna zaczęli budować coś w rodzaju prowizorycznego namiotu. Mimo tego, że jedyną widoczną częścią ich ciała były tylko oczy (odwrotność czarnych pasków nakładanych czasem w gazetach lub telewizji), łatwo dawało się stwierdzić, że są to kobiety młode i ładne, aczkolwiek z tym namiotem to chyba trochę przesadzili. Powiązane sznurkami do poręczy płótna wypełniały się wiejącym przez okna wiatrem, niczym żagle okrętu i co chwila cały ten bajzel zawiewało nam na głowy. Jakby tego było mało, dziecko zaczęło strasznie ryczeć, a ponieważ jak wyjaśniła mi to Magda, w krajach arabskich, uciszanie dziecka w takich wypadkach polega na biciu go otwartą dłonią po twarzy, to co chwila słyszeliśmy ryki przeplatane głośnym „plask”, chwila ciszy, potem płótno na głowie, kolejny atak płaczu i jeszcze jedno „plask”. Odruchowo zasłaniam się przed kolejnym atakiem muszek. Na spodniach dostrzegam małe czarne kropeczki. Pchły piaskowe. To będzie bardzo długa noc... 

Nie wiem, ile udało mi się przespać. Kiedy otworzyłem oczy, pierwszych 10 minut spędziłem na odzyskiwaniu zdolności poruszania rękami i nogami. Cholera jak to jest, że w domu mogę siedzieć w fotelu kilka godzin, a w pociągu czy autobusie, po tym samym czasie człowiek czuje się jak obity kijami? W  pierwszych  słonecznych promieniach, przyjrzałem się swojemu ubraniu. Założona przedwczoraj biała podkoszulka była teraz czarnoszara - to efekt kontaktu z siedzeniami i piasku wpadającego przez okna, do tego kupa porozgniatanych muszek i komarów, spodnie - nikt nie postawiłby jednego dolara przeciwko stu, że kiedyś były beżowe. Każdy nie przykryty centymetr skóry, przysypany milimetrową warstwą czarnego pyłu, przebarwianą zaciekami zaschniętego potu. Za 12 godzin, około 18-tej, powinniśmy być na miejscu. Wokół budzi się wszechobecny brud. Budzi się, gdyż brud też potrafi spać. W nocy, wtedy kiedy ostygnie, kiedy tylko słońce pójdzie męczyć kogoś innego, brud wydaje się mniej widoczny i dokuczliwy, nie razi swoim widokiem i zapachem. Dopiero ogrzany gorącymi promieniami pyszni się swoim rozkładem. Południe. Słońce rozpoczyna kolejną porcję tortur. Dusi, kłuje niewidzialnymi kolcami. Myślę sobie o tych wszystkich przybywających tu samolotami. Z klimatyzowanego, czystego lotniska, stawiających pierwsze kroki na pakistańskiej ziemi, bez żadnego ostrzeżenia i przygotowania zanurzających się w tym morzu brudu i nędzy. Z trudem łapiących rozgrzane prawie do czerwoności powietrze. Ja zagłębiam się w ten świat powoli, krok po kroku, a mimo to upał ciągle mnie męczy, a bodźce odbierane przez wzrok i węch pozbawiają ochoty do życia. Ciekawe, jak oni wyglądaliby po dwóch dniach w tym pociągu? Zadaję sobie takie sadystyczne pytania, aby się trochę podnieść na duchu, gdyż wszystko mnie boli, do tego  jestem tak brudny, że na mój widok bezdomni z Dworca Centralnego uciekliby w popłochu. Na szczęście pod tym względem nie odbiegam od reszty naszej grupki. Jeszcze tylko kilka godzin... 

Dochodzi 18-ta. Powinniśmy już dojeżdżać do Lahore, ale za oknami, aż po horyzont ciągle pustynia. Kiedy to się wreszcie skończy? 

Półtorej godziny później pojawiają się pierwsze zabudowania i lepianki. Slumsy, potem murowane domy, meczet, czyżbyśmy wjeżdżali do Lahore? Młody Pakistńczyk (ten sportowiec) bezlitośnie rozwiewa nasze nadzieje. To tylko małe miasteczko i zaliczymy takich jeszcze kilka...

 

 

Lahore hotelami stoi...