Na granicy byliśmy
kwadrans po 9-tej. Po stronie irańskiej było pusto i uzbrojeni w broń
automatyczną strażnicy odprawili nas nadzwyczaj szybko i sprawnie. Strona
pakistańska oddalona jest o dobry kilometr, który pokonuje się granicznym
minibusem, zza szyb którego widać pustynny fragment ziemi niczyjej,
patrolowanej przez żołnierzy z psami. Denerwowałem się coraz bardziej, jak
na razie za łatwo to idzie, oczyma wyobraźni widziałem siebie wracającego
pieszo na posterunek irański. Okazało się, że strach ma wielkie oczy. Oficer
prowadzący odprawę otworzył mój paszport, przewertował kartki, po czym
spojrzał na mnie piorunującym wzrokiem znad sumiastego wąsa. Wzruszyłem
ramionami i potwierdziłem brak wizy. Oficer wymienił spojrzenia z pozostałymi
żołnierzami, jakby się głęboko zastanawiał co ze mną zrobić i w końcu
wybuchnął
rubasznym śmiechem. Złapał za pieczątkę i uderzeniem od którego
według wszelkich znanych mi prawideł fizyki, jego biurko powinno się rozlecieć
na wióry, wzbogacił mój paszport o kolejny stempel - 30 dni pobytu. Zaraz po
opuszczeniu biura odpraw wymieniłem 15$ po kursie 1$ - 65 rupii pakistańskich.

Taftan przypomina
Zahedan w pigułce, to już prawdziwa Azja. Osiedla tekturowo - gliniano - murowanych
slumsów, szerokie jak wrota do stodoły wejścia do prymitywnych sklepów, wypełnionych
nieprawdopodobną wręcz ilością towarów, od artykułów spożywczych przez
tekstylia i części samochodowe, po elektronikę. Dwudziestoośmio calowe
telewizory smażą się na słońcu, przysypane kurzem wzbijanym przez
terenowe toyoty handlarzy i przemytników. Włóczące się między slumsami
kozy rozgrzebują wysypiska śmieci w poszukiwaniu jakiegoś kąska. Pierwsza
rzecz, która od razu rzuca się w oczy to brak kobiet. Zawsze mi się wydawało,
że pod tym względem Pakistan jest krajem trochę bardziej liberalnym od Iranu,
tymczasem o ile w Iranie
przejeżdżając nawet przez mniejsze miejscowości można
zobaczyć samotne lub chodzące grupkami kobiety, to w Pakistanie, poza może większymi
miastami takimi jak Lahore, Islamabad lub Karaczi, coś takiego jest po prostu
niewyobrażalne. Gdzieniegdzie przemknie jakaś stara babina, ale młoda
kobieta, która sama bez męża lub ojca wyszłaby z domu narażona jest na
lincz. Jest naprawdę bardzo gorąco, całe szczęście, że Cola we wszystkich
swoich odmianach jest wszędzie. Na samym środku pustyni, w ostatniej dziurze,
jeżeli tylko dotarł tu kabel elektryczny, to można mieć pewność, że
zasila on firmową lodówkę najpopularniejszego z napojów.

Nasz autobus do
Quetty za 250 RPk (rupii pakistańskich) miał odjechać o 13.50, ale
przyzwyczailiśmy się już do tego, że w Azji życie toczy się poza czasem.
Obserwowałem jak kierowcy przygotowywali pojazd do drogi. To naprawdę
niewiarygodne jak pojemne są pakistańskie autobusy i jak wytrzymałe. Po
zapchaniu wszystkich możliwych zakamarków wewnątrz, kilku ludzi wskoczyło na
dach i tam na specjalnie do tego przeznaczonej poziomej drabince, wiążąc
wszystko pasami i sznurami ułożyli prawie półtorametrową warstwę walizek,
skrzynek, paczek i tobołków, w tym również nasze plecaki. Jeżeli większość
tego nie należy do kierowcy, to znaczy, że
pasażerowie zabierają ze sobą w
podróż majątek całego życia. Wyobrażam sobie jak będzie wyglądał mój
plecak po dotarciu na miejsce. Pakistan posiada może ze 20% (w naprawdę dużych
porywach) dróg asfaltowanych, a pędząc przez pustynię autobus wzbija tumany
kurzu, które oczywiście osiadają gdzie się da. W końcu pożegnaliśmy
Taftan. Na szczęście w oknach autobusu wiszą ciemne i grube zasłonki, którymi
można się odgrodzić od nieznośnego słońca. Jestem cały mokry, to już nie
są owe poetyckie „strużki potu”, czuję się raczej tak, jakbym w ubraniu
wyszedł prosto z wody. Na razie jest to miłe, każdy najmniejszy podmuch
wiatru przewodzony jest niczym prąd po całym ciele. Gorzej jest, kiedy pot
wysycha, skóra swędzi i pozostaje tylko smród. Ostatni prysznic brałem w
Isfahanie, ile to dni temu? Jaki dzień jest dzisiaj? Przestałem to kontrolować.
Oby do wieczora.

Zatrzymaliśmy się w
jakiejś małej osadzie koczowników, w sercu pustyni Beludżystan. Jest wieczór,
kilka gołych żarówek rozświetla okolice namiotów, przed którymi siedzą mężczyźni
popijając herbatę. Wokół parkuje kilka jedynych w swoim rodzaju ciężarówek,
jakie można obejrzeć tylko w Pakistanie. Całe pokryte niezliczoną ilością
elektrycznych lampek i innych podświetlanych gadżetów. Widząc moje
zainteresowanie, kilku kierowców wskakuje do szoferek i po chwili samochody
jeden po drugim rozbłyskują niczym choinki. Pytam jednego z kierowców, ile
dodatkowych akumulatorów potrzeba aby urządzić takie widowisko, ale nie
rozumie, o co mi chodzi. Wróciłem do namiotów, gdzie pasażerowie raczyli się
herbatą i przysmakami oferowanymi przez koczowników. Magda się obudziła (jak
ona to robi, że ciągle śpi, potrafi spać w każdej pozycji, teraz budząc
zgorszenie i niedowierzanie pozostałych pasażerów, po prostu rozłożyła śpiwór
w przejściu między fotelami) i też wyszła przed autobus, oczywiście
natychmiast otoczył
a nas
grupka Pakistańczyków. Chcąc się nacieszyć
widokiem białej kobiety zaprosili nas na swój dywan, gdzie wlali w nas prawie
cały czajnik herbaty z mlekiem. Pakistańczycy nie używają
cukru w znanej nam
postaci. Czasem któryś ma słodzik, ale na ogół bi
orą do ust nadziewany
owocowy cukierek i ssąc go poprawiają smak herbaty. Mieliśmy też okazję spróbować
pakistańskiego chapati (chleba) prosto z pieca. Miejscowy piekarz kończył już
swoje dzieło, ale specjalnie dla nas rozwałkował kilka placków i kilkoma
dmuchnięciami podtrzymał żar w umieszczonym w podłodze piecu. Jego zwinne
palce kilkanaście sekund żonglowały ciastem, następnie błyskawicznym ruchem
wsunął rękę do pieca, przyklejając je do rozgrzanej ścianki (chyba
sufitu). Po kilkudziesięciu sekundach jego ręka uzbrojona w małą drewnianą
łopatkę wsunęła się do pieca, dokładnie w tym samym momencie, kiedy
upieczony placek oderwał się od tafli...
Quetta - przedsmak koszmaru...