Jest 6.00 rano. Szaro, słońce jeszcze nie wzeszło. Kierowca wysadził nas na skrzyżowaniu do Persepolis. Zadupie. Zeszliśmy z drogi, na tyły jakichś zabudowań. Magda wyciągnęła śpiwór, rozłożyła go na warstwie tekturowych kartonów i śpi. A ja? Nie mam śpiwora, a ziemia jest twarda i zimna, po za tym ktoś musi spać, aby czuwać mógł ktoś... Klnąc w duchu Magdę za jej wygodnictwo, zauważyłem płonące ognisko, jakieś 200 metrów od nas. Siedziało przy nim dwóch  mężczyzn. Zdecydowałem się podejść. Starszy był około 60-ki, drugi o połowę młodszy. Ojciec i syn? Odpoczywali. Tuż obok ogniska, z pękniętej rury wzbijał się gejzer wody. Pozdrowili mnie z daleka „salam”, odpowiedziałem skinieniem głowy. Uklęknąłem przy ognisku i wysunąłem ręce nad płomienie. Myślałem, że będą bardziej zaskoczeni moim widokiem, ale starszy tylko wskazał na mnie i na prowizoryczne obozowisko gdzie spała Magda i pokazał dwa palce, co miało znaczyć, iż wie, że jest was dwoje, następnie otoczył swoją głowę szybkim ruchem ręki, co oznaczało kobietę - zakryta głowa, i złożył ręce w geście snu. Skąd on to wiedział? Siedzieli tyłem do nas, po za tym było jeszcze ciemno. Oczywiście nie mówili po angielsku, ale wiedziałem, że na pewno są ciekawi, skąd się tu wziąłem. „Poland” nic im nie mówiło, więc jedyne co mi pozostało, to narysować niezgrabnie na piasku kontury kontynentu, z kolejnymi krajami jakie oddzielają Polskę od Iranu. Dopiero wtedy starszy pokiwał ze zrozumieniem głową i rzucił do młodszego - Lachestan... Może pamiętał jeszcze armię Andersa? Wydłubali z przygasającego ogniska, coś co wyglądało na ziemniaki, ale chyba nimi nie było. Odmowa przyjęcia poczęstunku byłaby obrazą dla gospodarzy, przypomniałem sobie wszystkie przyjęte szczepionki i nabrałem odwagi. Bulwy miały dziwny smak, do złudzenia przypominający pieczone ziemniaki, ale były bardziej tłuste lub wilgotne. Nagle młodszy zerwał się i pobiegł  w kierunku stojącej kilkanaście metrów od nas lepianki. Sekundę potem wybiegł z uniesioną wysoko łopatą w rękach. Zamarłem. Był już tylko kilka metrów od ogniska, a ja nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu. Zanim zdążyłem się wyprostować minął mnie i zagłębił szpadel nieopodal pękniętej rury. Mężczyźni nawadniali pole, pilnowali, aby kanały, którymi woda z pękniętej rury płynie w głąb upraw, nie zostały zamulone i zapchane przez nanoszony piasek. Widząc, że Magda zwija swój śpiwór, pożegnałem się. 

Godzinę później byliśmy w Persepolis. Zamierzaliśmy iść pieszo, choć nie bardzo wiedzieliśmy, ile to jest kilometrów. Na szczęście zatrzymał się jakiś samochód i kierowca zaproponował nam podwiezienie. Nie mówił tego wprost, ale chyba oczekiwał jakiejś zapłaty, gdyż moje „thank you”, widząc po jego minie, musiało go trochę rozczarować, za to Magdę bardzo rozśmieszyło. 

Wejście do ruin kosztowało 3000 tomanów (ok. 4$). To były pierwsze starożytne ruiny jakie widziałem. Persepolis założone zostało ok. 520 r. p.n.e, przez Dariusza I, jako stolica imperium perskiego. Miasto zostało zniszczone w 330 r.p.n.e przez Aleksandra Wielkiego, a ostatnią próbę najazdu przetrwało podczas irańskiego odpowiednika Rewolucji Kulturalnej, prowadzonej przez najbardziej gorliwych wyznawców ajatollaha Chomeiniego. Ruiny naraziły się fanatykom tym, że w ich scenerii ostatni szach Iranu Mohamed Reza Pahlavi lubił wydawać wystawne przyjęcia dla zagranicznych gości. Podobno miejscowa ludność stanęła w ich obronie i dopiero w obawie przed wszczęciem zamieszek ortodoksi zrezygnowali z rozprawienia się z tym reliktem czasów zepsucia i rozpasanego konsumpcjonizmu. Było to jednak zwycięstwo raczej pyrrusowe, gdyż czas i tak nie obszedł się z nimi łagodnie. Ruiny są bardzo zniszczone, zachowały się właściwie tylko kolumny, kilka portali i naprawdę szczątkowe fragmenty murów. Pierwsze imperium w dziejach ludzkości, a dziś tylko kupa kamieni. Zresztą podobnie potoczyły się losy imperium Aleksandra, podbijającego po upadku Persji coraz to nowe obszary Azji. Imperia są jak ludzie, którzy je tworzą - młodość, potem dorastanie i potęga, aż wreszcie mniej lub bardziej gwałtowna śmierć. Można to porównać do cyklu życia ludzkiego, lub w krótszym wymiarze czasu - człowieka, który połknie za dużo na raz - musi się w końcu udławić. 

Krucjata przeciwko Persji, która kilka razy bezskutecznie próbowała podbić Grecję - ewentualnie napuszczała na siebie (sypiąc hojnie złotem) poszczególne greckie miasta - zawsze była marzeniem Filipa Macedońskiego (ojca Aleksandra). Macedonia była północną prowincją Grecji - pogardzaną i traktowaną przez greckie "polis" (miasta) jako wieś zamieszkana przez nieokrzesanych prostaków, mogąca dostarczać co najwyżej niewolników. Ale to właśnie tam, w oparciu o tę pogardzaną, prymitywną i prostacką "dzicz", tamtejszemu królowi udało się stworzyć doskonale wyszkoloną armię, zdolną rzucić wyzwanie całej Grecji. Po dosyć brutalnym podporządkowaniu sobie Aten, Sparty i Teb (największe ówczesne greckie miasta) Filip mógł wreszcie pomyśleć o podbiciu Persji. Tylko pomyśleć, gdyż nie zdążył zrealizować swoich planów - został zasztyletowany przez jednego ze swoich żołnierzy. Historycy do dziś nie są zgodni co do motywów morderstwa i autorstwa całego spisku. W grę wchodzą dwie najbardziej prawdopodobne wersje - motyw zemsty za homoseksualny gwałt dokonany przez Filipa na jednym z dworzan (tego typu rozrywki były wówczas na porządku dziennym - ówcześni Grecy hołdowali zasadzie "żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek"), ewentualnie chęć usunięcia despotycznego ojca stojącego Aleksandrowi na drodze do tronu. Olimpias, matka Aleksandra od dawna miała na pieńku z Filipem - uważał ją za szaloną czarownicę - obawiała się, że może on spłodzić z którąś z licznych kochanek innego następcę tronu (co też się stało). Jednak to wykształcony wszechstronnie (nie tylko w rzemiośle wojennym, ale i filozofii i innych naukach- przez samego Arystotelesa) Aleksander był najpoważniejszym kandydatem do tronu, zwłaszcza po odniesieniu kilku spektakularnych zwycięstw nad miastami buntującymi się przeciwko Filipowi. Ten ostatni nie czuł się jednak jeszcze emerytem i rosnąca popularność Aleksandra, coraz mniej ukrywającego pretensje do objęcia tronu, działała na niego jak płachta na byka. Podczas jednej z uczt Filip obwieścił publicznie, że tron może poczekać na jego najmłodszego syna (oczywiście nie spłodzonego z Olimpias) i kiedy Aleksander nazwał swego przyrodniego konkurenta bękartem, między ojcem i synem doszło do rękoczynów. Dworzanie ich rozdzielili, a Aleksander został wygnany. Powrócił dopiero na pogrzeb ojca, stając się następcą tronu. Podbój Egiptu i Persji poszedł Aleksandrowi w miarę gładko - kolejny w perskiej dynastii król Dariusz III nie docenił rywala i mimo posiadanej przewagi liczebnej - roztrwonionej nieracjonalnym rozłożeniem sił - został pokonany pod Issos (obecne Iskenderun we wschodniej Turcji), a po którejś kolejnej przegranej bitwie zabity przez własnych żołnierzy podczas ucieczki. 

Odwieczne marzenie Greków o uwolnieniu się od perskiego zagrożenia zostało zrealizowane, jednak upojony sukcesem Aleksander postanowił połykać coraz więcej. Już po drodze do Persepolis, w każdym ze zdobytych w perskiej Anatolii (obecna Turcja) miast musiał pozostawiać kontyngent wojsk okupacyjnych. Generalnie armia Aleksandra łagodnie traktowała miasta poddające się po krótkiej walce - wyjątek stanowiło kilka broniących się nawet przez kilka miesięcy do ostatniego żołnierza, te zostały dosłownie zrównane z ziemią, a ocaleli mieszkańcy wymordowani. Niezależnie od tego Aleksander musiał zabezpieczać sobie tyły - oddziały okupacyjne miały pilnować, aby po odejściu głównej armii nie doszło do rebelii, zapewnić im zaopatrzenie w żywność i broń, oraz posyłać nowych rekrutów. Wydawało mu się, że to wystarczy, by zachować kontrolę nad rozrastającym się państwem. Problem zaczął się, kiedy jego najbliżsi towarzysze broni, przemierzający z nim już od prawie 10 lat azjatyckie bezdroża zaczęli mieć dosyć jego nienasyconych ambicji. Po podbiciu Persji (co było głównym celem wyprawy) mieli zamiar osiedlić się w jakimś przyjemnym zakątku nowego państwa i korzystając ze zgromadzonych bogactw odpoczywać, ciesząc się setkami pojmanych nałożnic, a tu tymczasem wódz coraz głośniej rozprawiał o podboju Indii. Oznaczało to kolejne tysiące kilometrów marszu w nieznane i kolejnych kilkanaście lat tułaczki w surowych warunkach. Żołnierze systematycznie tracili sympatię do Aleksandra już od czasu, kiedy w Egipcie ogłosił się bogiem, a po ślubie z córką pokonanego Dariusza zaczął nabierać pogardzanych przez nich perskich zwyczajów. Do tej pory jadał z nimi przy jednym stole, ubierał się prosto, po żołniersku i brał udział w ich koszarowych zabawach. Teraz, ubrany w perskie szaty, otoczony coraz szczelniej rozrastającą się kastą dworzan (do tego w większości pogardzanych Persów) stawał się wyniosły i niedostępny. Co prawda podczas walki przebierał się w skórę tego dawnego Aleksandra, poczciwego króla - kompana, ale każdy z jego towarzyszy broni zdawał sobie sprawę, że już po bitwie będzie musiał bić mu ceremonialne pokłony. 

Pierwsza potyczka z Hindusami przepełniła czarę goryczy, rozrzedzona armia Aleksandra wygrała wprawdzie bitwę, ale zostało to okupione olbrzymimi stratami. Zetknięcie z setkami tresowanych słoni bojowych, w dodatku silnie opancerzonych i trudnych nawet tylko do zranienia, tratujących wszystko, co stanie im na drodze, do reszty odebrało chęć dalszych podbojów nawet największym twardzielom z jego gwardii. Dla tych doświadczonych żołnierzy było jasne, że porywają się na państwo o wiele potężniejsze od Persji, mając w dodatku tylko mgliste pojęcie o jego geografii. Po pospiesznym podpisaniu pokoju z Hindusami Aleksander musiał wycofać się do Babilonu, gdzie zmarł w tajemniczych okolicznościach, w wieku 33 lat, w roku 323 p.n.e. Oficjalnie przyczyną śmierci było przedawkowanie alkoholu połączone ze skutkami chorób, których nabawił się podczas wyprawy. To, że już od kilku lat był nałogowym alkoholikiem (co zdaje się potwierdzać wersję o przedawkowaniu trunków) nie może przesłonić podejrzeń, iż mógł zostać zamordowany przez swoich najbliższych kompanów. Według Petera Greena, autora wspaniałej biografii Aleksandra (polecam), na podstawie objawów i śladów na ciele, opisanych przez towarzyszących mu kronikarzy, nie da się również wykluczyć otrucia arszenikiem. Aleksander już podczas odwrotu nie ukrywał, że zamierza zreformować swoją armię i po uzupełnieniu wszystkich braków ponownie przeprawić się przez Indus. Być może jego kompani przestraszyli się tych planów i postanowili załatwić sprawę w sposób ostateczny. 

Persepolis zostało zniszczone wcześniej - niedługo po zdobyciu. Prawdopodobnie któraś z kurtyzan, podczas jednej z pijatyk namówiła Aleksandra do podpalenia miasta. Aleksander paląc Persepolis - podobnie jak Dariusz - też myślał pewnie, że jego władza będzie wieczna i to na nim historia się skończy. Po śmierci Aleksandra, potęga helleńska przetrwała zaledwie 100 lat dłużej od imperium perskiego, upadając pod mieczami Oktawiana Augusta i kolejnych rzymskich cesarzy. Imperium Aleksandra podzieliło się na kilka państw zarządzanych przez jego byłych generałów i nie byli oni już w stanie obronić się przed doskonale zorganizowaną armią rzymską. 

Magda nabijała się z mojego zachwytu nad ruinami i twierdziła, że to nic specjalnego, ale ona widziała już piękniejsze i w lepszym stanie. 

Około 10 - tej pożegnaliśmy Persepolis i załapaliśmy się na minibus do Sziraz - 400 tomanów. Stamtąd, Magda znów nie chciała słyszeć o zwiedzaniu tego miasta, pojechaliśmy do leżącego przy granicy pakistańskiej Zahedanu - 3350 tomanów. Niestety, oznaczało to ominięcie pięknej, zbudowanej z gliny cytadeli, a właściwie miasteczka - fortecy w Bam. Właściwie dlaczego ja jej ciągle ustępuję? Cały czas tłumaczy się krótką, bo pięciodniową wizą, ale gdyby tylko naprawdę chciała, to można by ją przedłużyć za grosze w każdym większym mieście, ale tu z kolei tłumaczy się brakiem miejsca w paszporcie. Pozostaje zawsze droga powrotna... Bilety do Zahedanu były jak na irańskie ceny dosyć drogie, a jazda trwała dłużej, niż to by wynikało z pomiaru odległości odczytanego z mapy (wyjechaliśmy o 13.30 na miejscu byliśmy po 7.30 rano). Wszystko dlatego, że trasa wiedzie przez góry, poszarpane pomarańczowe skalno - piaskowe masywy, między którymi bardzo wąska droga wije się niezliczoną ilością 180 stopniowych zakrętów,  gdzie każdy kilometr widziany na mapie oznacza ponad 5 kilometrów rzeczywistej jazdy. 

Zahedan to miasto, które „pachnie” już Pakistanem. Zarówno stroje noszone przez ludzi jak i „lepiankowa” architektura i panujący na żwirowych ulicach totalny chaos, bardziej kojarzą mi się Pakistanem, niż z tym co zobaczyłem w Iranie. Poszukując autobusu do Taftanu (granica z Pakistanem), poznaliśmy grupkę siedmiu Czechów. Część z nich jechała w góry Pakistanu, reszta podobnie jak my do Indii. Korzystając z tego, że było nas już dziewięciu, wynegocjowaliśmy lepszą cenę - 1000 tomanów. Tej granicy bałem się bardziej niż poprzedniej, jako jedyny nie posiadałem bowiem wizy pakistańskiej. Przed wyjazdem, nasz konsul w Pakistanie (pan Piotr Opaliński, któremu niniejszym dziękuję) via internet zapewnił mnie, że zgodnie z najnowszym rozporządzeniem pakistańskiego MSZ, obywatele polscy nie potrzebują wizy. Zupełnie inaczej przedstawiał mi to pracownik ambasady pakistańskiej w Warszawie, bez wystawionej przez niech wizy nie mam się po co pokazywać na granicy. Z uwagi na oszczędność (min. 40$) zdecydowałem się zaufać konsulowi i dopiero teraz zbliżając się do jaskini lwa, zastanawiam się czy nie popełniłem błędu. 

  

Pakistan, czyli droga przez mękę...