Następnego dnia wyszliśmy na podbój Isfahanu. Spacerując ulicami nie sposób nie zauważyć sklepów z odzieżą, salonów, których przeszklone wystawy oferują tak kontrastujące z czarnymi czadorami stroje, że trudno uwierzyć, aby irańskie kobiety mogły je kiedykolwiek założyć. Plastikowe manekiny wystrojone w kolorowe sukienki, spódnice i marynarki, wygląda to naprawdę niesamowicie, jeżeli weźmie się pod uwagę to, że wszystkie dorosłe kobiety, które do tej pory widzieliśmy przypominały zakonnice. Ciekawe, kto to kupuje, kiedy i gdzie nosi? Wreszcie trafiliśmy na rynek. Olbrzymi plac otoczony arkadami, pod którymi kryją się dziesiątki sklepów, straganów, biur i urzędów. Dwa wielkie meczety, pałac Chomeiniego, na środku placu fontanny, w których dziesiątki dzieciaków szukają ratunku przed słońcem. Ulicami wokół przejeżdżają dorożki z czerwonymi kołami, jest ich kilkanaście. Samochodom wstęp wzbroniony, czas zatrzymał się tu 100 lat temu. Podchodzą do nas dwie irańskie dziewczyny, dawno nie widziały tu turystów z Europy i zaczynają rozmowę. Trzymają się jednak lekko na dystans, aby nikt postronny nie uznał, że nawiązują jakąś bliższą znajomość. Dają się namówić na zdjęcia, nie wiadomo kto z nas jest bardziej zdezorientowany całą sytuacją, my czy one. Ciekawy jestem czy robienie sobie przez kobiety zdjęć z obcymi mężczyznami i to do tego białymi jest nadal zakazane? Ale one chyba wiedzą co im wolno, na szczęście nikt się nami nie interesuje i rozmawiamy jeszcze kilka minut. 

Uciekając przed słońcem dajemy się naganiaczowi zaciągnąć do sklepu z dywanami. Uprzedzamy właściciela, że i tak nic nie kupimy (najtańszy kosztuje ok. 100$) ale i tak jest bardzo miły. Częstuje nas herbatą, a jego pomocnicy rozwijają dziesiątki dywanów, abyśmy mogli zrobić zdjęcia i obejrzeć towar. Właściciel jest naprawdę bardzo sympatyczny, pyta nas o trasę naszej podróży, o wrażenia z Iranu. Na koniec pozwala Magdzie skorzystać z internetu w prywatnej części sklepu. W tym czasie idę na pocztę wysłać kartki. Zaczepiają mnie jeszcze raz nasze irańskie znajome. Pytają czy możemy wejść na chwilę w korytarz pod arkadami. Idę za nimi dotąd, aż mijamy ostatni rząd sklepów i zatrzymujemy się za załomem muru. Tam upewniwszy się, że nikt na nas nie patrzy, dotykają moich jasnych włosów uśmiechając się do siebie z niedowierzaniem. Trwa to może z pięć sekund i słychać zbliżające się kroki. Natychmiast cofają ręce i uciekają za najbliższy filar. Ja też nie mam ochoty sprawdzać kto to i wracam do głównego korytarza. Ufff. I tak byłem spocony, ale teraz przez chwilę poczułem się prawie jak pod prysznicem. Gdybym spędził miesiąc w haremie szacha wątpię, czy spotkałoby mnie coś takiego, coś co zapamiętam do końca życia. Nie powiem o tym Magdzie bo pękłaby ze śmiechu. 

Wróciłem do sklepu i wspólnymi siłami z właścicielem oderwaliśmy Magdę od komputera. Snując się zacienionym korytarzem cały czas myślałem o przygodzie sprzed kilku minut. Z zamyślenia wyrwały mnie wesołe okrzyki „halo, good morning, sir”, jakaś irańska rodzina zaprasza nas na „piknik”. Siedzą na rozłożonym na kamiennej posadzce kocu, dwaj mężczyźni, kilka kobiet i dzieci. Częstują nas kanapkami i znów kilka minut rozmowy, i opowiadania skąd i dokąd. Opuszczamy rynek i idziemy nad rzekę. Prowadzi nas poznany po drodze młody chłopaczek. Chce rozmawiać, ale jest tak gorąco, że nie mam najmniejszej ochoty otwierać spieczonych warg. Na miejscu okazuje się że „rzeka” to pojęcie umowne, gdyż wody nie widzieli tam już od dawna. Kamienny most wygląda jak starożytny rzymski akwedukt i służy głównie jako pasaż spacerowy, a jego zacienione wnęki pod filarami to chyba jedyna okazja dla par szukających samotności. Jeżeli tu takie są... Znów zaczepia nas jakiś gość i bez żadnych ceregieli przedstawia nam swoje poglądy na temat panujących tu stosunków damsko - męskich. Nudno, że tylko się powiesić. Jeżeli ktoś jest samotny tak jak on, to o ile nie rozpocznie jakichś oficjalnych zalotów, za zgodą rodziców obojga stron, nie ma szansy nawet na zaproszenie dziewczyny do restauracji lub kawiarni. Jeżeli ma szczęście, to uda mu się z jakąś kilka minut porozmawiać na ulicy lub w parku, ale tylko tak, aby wyglądało to jak pytanie o drogę. Idziemy na obiad. W małej knajpce Magda zamawia pizze (1200 tomanów), ja nie mam apetytu, ciągle myślę o tych dwóch dziewczynach. Dopiero teraz postrzegam kobiety inaczej, niż tylko czarne stożkowate manekiny. Naprzeciwko naszego stolika siedzi właśnie jedna - niesamowicie ładna, zrobiłaby chyba karierę na każdym wybiegu dla modelek. Ma około 25 lat. Wiem, że na mnie patrzy i boję się podnieść wzrok, żeby jej nie płoszyć. Jednak ciekawość zwycięża i przez moment łapię jej spojrzenie. Natychmiast opuszcza oczy i zaczyna rozwijać leżącą na stole serwetkę. Magda wraca z łazienki i siada tyłem do niej. Magda co prawda ma chustkę na głowie, ale jej ubiór nie jest tak bezkształtny jak czadory Iranek. Widzę, że siedząca naprzeciwko dziewczyna dyskretnie obserwuje mnie, Magdę, swobodę naszego zachowania, to że rozmawiamy śmiejąc się do siebie. Jej oczy są tak smutne, że przez moment myślę, że nasze zachowanie to prawie małpie okrucieństwo. Jeżeli nikt nie poprosi jej o rękę, to być może nigdy nawet nie porozmawia z mężczyzną dłużej niż pięć minut - o pogodzie. Jedno jest pewne, jeżeli jakiś facet ma kompleksy, to nigdzie nie uleczy ich szybciej niż tutaj. Tu zawsze stanie się obiektem niedoścignionych westchnień przynajmniej kilku kobiet, marzących tylko o tym, aby ktoś je stąd zabrał... Nie wszystkie jednak reagują tylko smutnymi minami, teraz rozumiem dlaczego zaatakowały Magdę w toalecie na dworcu w Teheranie. Jeżeli one nie mogą nawet chodzić ubrane tak samo, to przynajmniej odreagują w ten sposób. Lepsza złość niż rozpacz. 

Odbieramy plecaki z hotelu i łapiemy taksówkę na dworzec autokarowy. Kierowca bierze kilku „łebków” i gnieciemy się jak sardynki. Płacimy 2000 tomanów. Jest wieczór, nasz autokar odchodzi o 22.10. Kupujemy wodę i trochę słodyczy na drogę. Woda nie jest właściwie potrzebna, gdyż podają ją w autobusach. Nie zawsze mamy jednak do niej zaufanie, a tutejsze napoje - odpowiednik naszej coli i fanty „zam - zam” jest śmiesznie tani. Na szczęście będziemy jechać nocą, nie będzie palącego słońca odbijanego miliardem lusterek pustynnego piasku. Autobus jest do Sziraz (1375 tomanów), ale my wyskoczymy gdzieś po drodze do Persepolis, jak nazywa się ta mieścina? 

Jesteśmy w drodze do Marv Dashd. Jest 5.00 rano, autokar zatrzymał się przy przydrożnym meczecie i połowa pasażerów, z kierowcą na czele poszła złożyć pokłony Allachowi. Magda jak zwykle śpi. Przy akompaniamencie modlitwy z głośnika na meczecie wyszedłem rozprostować kości. Jest bardzo zimno, chyba pierwszy raz od początku podróży odczuwam chłód. Spacerując wokół autokaru z podsuniętym mi kubkiem gorącej herbaty (tam gdzie jest przydrożny meczet, zajazd, stragan, stacja benzynowa zawsze znajdzie się ktoś kto poczęstuje podróżnego kubkiem gorącego napoju) zauważyłem, że na przedniej szybie widnieje swojsko i dźwięcznie brzmiące imię naszego autokaru - TITANIC. Przez moment poczułem się jak Leonardo di Caprio, szkoda tylko, że Kate Winslet taka śpiąca.O ho, kapitan skończył modły i wraca na pokład, trzeba by z nim pogadać, gdzie chcemy wysiąść... 

  

Persepolis...