Następnego dnia, późnym popołudniem zameldowaliśmy się na granicy z Iranem. Bałem się trochę tej granicy, co prawda „kalendarzowa” Azja zaczyna się już za Bosforem, jednak dopiero teraz poczułem, że wjeżdżam do obcego, kompletnie nieznanego mi świata. Punkt odpraw po stronie tureckiej nie był tak okazały, jak jego odpowiednik przy granicy z Bułgarią, raczej zapadła dziura - odrapane ściany budynku straszą szarymi odpryskami tynku, jakby ostrzegały, że tu kończy się świat zrozumiały dla białego człowieka. Tymczasem powitanie świata islamu, wypadło dosyć obiecująco. Irańskie przejście graniczne jest nowoczesne i czyste, beton i szkło, rozległa poczekalnia, rzędy krzeseł dla podróżnych, luksusowe toalety. Dzięki tłumowi jaki kłębił się w poczekalni, budynek przejścia przypominał raczej dworzec, setki ludzi przewijających się we wszystkich kierunkach, kobiety od stóp do głów zakute w czarne namioty (czadory), tylko odsłonięte do połowy twarze zdradzają dyskretne zainteresowanie parą białych przybyszów. Dookoła wiszące na ścianach i porażające surowością wzroku brodate paszcze dwóch najważniejszych ludzi w Iranie. Oczekiwanie na odprawę przedłuża się. Wypełniliśmy szczegółowe formularze celne, a ponieważ nie mieliśmy kompletnie pojęcia o kolejności odpraw i systemie pracy irańskich celników, nie pozostawało nic innego, jak tylko uzbroić się we wschodnią cierpliwość. 

Po około trzech godzinach nadeszła nasza kolej. Pasażerowie naszego autobusu rzucili się do stanowisk odpraw, my zaś jako, że byliśmy w tym chaosie kompletnie „zakręceni”, roztrącani przez wszystkich, ustawiliśmy się na końcu kolejki. Celnicy trzepali bagaże Irańczyków dosyć szczegółowo, kiedy nadeszła nasza kolej, urzędnik za biurkiem powitał nas przyjaznym machnięciem ręką i przez moment myślałem, że zaraz wybiegnie zza biurka, aby nas uściskać. Widać było, że nie może się doczekać, kiedy otworzy nasze paszporty, żeby zobaczyć, jakie bogi nas tu przywiodły. Po wzajemnej wymianie uprzejmości zapytał nas o plany pobytu w Iranie, z szuflady biurka wyciągnął jakieś kolorowe prospekty reklamowe irańskich zabytków i kilka minut wyliczał nam miejsca, które warto jego zdaniem odwiedzić. Na koniec, jakby mimochodem zapytał nas, czy przypadkiem nie posiadamy jakichś rzeczy zakazanych w Islamskiej Republice Iranu w postaci narkotyków, alkoholu lub pornografii. Zrobiłem gest jakbym miał zamiar jednym ruchem wysypać na podłogę zawartość plecaka, ale kiedy moja ręka sięgnęła do zapięcia, urzędnik tylko się roześmiał i szerokim ruchem ramion wskazał nam drzwi wyjściowe. Ledwo tylko zrzuciliśmy plecaki za drzwiami, otoczyła nas gromadka cinkciarzy, proponując wymianę dolarów. Nie mieliśmy pojęcia o aktualnym kursie, ani nawet nie widzieliśmy wcześniej na oczy irańskiej waluty, poprosiliśmy więc o pomoc zapoznanych w autokarze pasażerów. Po kilku minutach bardzo zaciętych negocjacji wytargowali dla nas kurs 1$ = 8000 riali, co po wymianie 25$ dało 200tys. riali, czyli 20tys. tomanów (jednostka pomocnicza, stosowana przez Irańczyków na zasadzie denominacji). Pod budynkiem przejścia granicznego spędziliśmy jeszcze jakieś cztery godziny, oczekując na podstawienie naszego autokaru. Okazało się, że przyczyną tak długiego opóźnienia byli nie tylko celnicy. Otóż nasz znajomy adorator Magdy, który dawał nam o sobie znać co jakiś czas podczas podróży zaginął gdzieś, a wraz z nim kilka przewożonych na tyłach autobusu wiolonczeli czy innych kontrabasów. Po prostu zwędził przewożone przez kierowcę instrumenty i uciekł. Na początku miałem go tylko za idiotę, tymczasem to jakiś lepszy gagatek. W końcu ruszyliśmy dalej, złodzieja ujęto i siedział w swoim fotelu o wiele smutniejszy niż wtedy, gdy kierowca pozbawił go towarzystwa Magdy. Zapytałem naszego irańskiego przyjaciela (tego lekarza), dlaczego nie oddali go w ręce policji, ale nie potrafił mi wyjaśnić, powiedział tylko, że to kierowca zdecyduje, co z nim zrobić. Zaraz potem zatrzymaliśmy się pod przydrożnym zajazdem i korzystając z potęgi dolara pozwoliliśmy sobie na odrobinę kulinarnego luksusu. Oczywiście nazwy w menu nic nam nie mówiły, więc znów zdaliśmy się na pomoc starszego Irańczyka z autokaru. Za niecałe 1200 tomanów zamówiłem specjalność irańskiej kuchni o niemożliwej do powtórzenia nazwie. 

Druga noc w autokarze dała mi się porządnie we znaki, kręgosłup bolał mnie jak cholera i marzyłem tylko o chwili, kiedy wreszcie rozprostuję nogi. Wreszcie  około 14-tej przyjechaliśmy do Teheranu. Autobus nie podjechał na dworzec, ale zatrzymał się podobnie jak w Stambule w zatoce przy ulicy, która raczej nie znajdowała się w centrum miasta, coś jakby rozległy plac pozbawiony jakichś imponujących widoków. Oczywiście nie obyło się bez kolejnego odcinka naszego serialu, czyli kłótni na temat postoju. Po dwóch dniach w autobusie gotów byłem zapłacić nawet 10$ za łóżko i prysznic, chociaż Teheran oferuje całkiem niezłe hotele nawet za połowę tej sumy. Choć z miejsca, w którym się znajdowaliśmy trudno było powiedzieć coś miłego, na temat tego ogromnego przecież miasta, to byłem pewien, że przynajmniej jeden dzień poświęcony na jego zwiedzanie na pewno nie będzie czasem straconym, tym bardziej, że drugiej okazji może już nie być. Niestety Magda znów zaczęła mi stręczyć perspektywę dalszej jazdy. Według niej Teheran nie był najciekawszym miejscem postoju i nie miała ochoty spędzać tu nocy, nie wspominając o jego oglądaniu. Od kłótni i powiedzenia jej w niezbyt dyplomatycznych słowach, co myślę o takim sposobie podróżowania i zwiedzania miejsc, które oglądamy pierwszy i być może ostatni raz, powstrzymała mnie tylko perspektywa powrotu tą samą trasą (prawdopodobnie samotnie, gdyż Magda coraz częściej przebąkuje o powrocie samolotem, z uwagi na brak miejsca w paszporcie i oszczędność czasu), na szczęście nie będę się musiał wtedy nigdzie spieszyć i odbiję sobie z nawiązką Bukareszt, Stambuł, Teheran i kto wie co jeszcze... 

Rozpoczęliśmy negocjacje z otaczającymi nas taksówkarzami i po kilku minutach ciężkich zawodów jeden z nich zgodził się zawieźć nas na South Terminal za 1200 tomanów. Rozklekotanym autem o nieznanej mi marce, przebijaliśmy się przez opiekane ostrym, popołudniowym słońcem miasto. Z żalem patrzyłem na mijane meczety i budynki o egzotycznej architekturze i wznoszące się tuż za miastem szczyty pasma górskiego Elburs, skąd roztacza się na pewno wspaniały widok na cały Teheran. Można tam się dostać kolejką linową. Nasz młody kierowca nie pozwolił mi jednak na większą dawkę zamyślenia, rozkręcił magnetofon na cały regulator, mając zapewne nadzieję, że wsłuchując się w najnowszy repertuar amerykańskiego disco poczujemy się jak w domu. „Music OK.?” pytał nas co chwila, na co zgodnie odpowiadaliśmy posłusznymi skinieniami głowy. 

Dworzec autobusowy to gigantyczna rotunda wokół której promieniście rozchodzą się stanowiska odjazdów, coś jakby sieć pająka. Wewnątrz budynku, przemierzając korytarz tworzący zamknięty okrąg staraliśmy się wypatrzyć najmniejszy ślad języka angielskiego, jak się okazało bezskutecznie. Strasznie mnie bawią reakcje tubylców na nasz widok, dyskretne „żurawie” kobiet, otwarte ze zdumienia buzie dzieci i co najzabawniejsze, miny tych, którzy mijając nas, dopiero w ostatniej chwili, kiedy już dochodzi do kontaktu wzrokowego  stwierdzają, że mają przed sobą białego cudzoziemca. W końcu znaleźliśmy coś, co przypominało kasę lub jakiś punkt informacyjno - reklamacyjny, oczywiście na nasz widok krzątający się tam ludzie natychmiast przerwali pracę, poświęcając całą uwagę Magdzie starającej się im wytłumaczyć, gdzie chcemy jechać. Okazało się, że najbliższy autobus do Isfahanu odjeżdża za godzinę, a bilety można nabyć również u kierowcy, bezpośrednio przed odjazdem - czyli tak jak to w Azji. Chcąc wynagrodzić jej trud w zdobyciu informacji, cmoknąłem ją w policzek, co wzbudziło oczywiście małą sensację. Cholera, zupełnie zapomniałem, gdzie jesteśmy i obserwując miny Irańczyków, przez moment  poczułem się jak gwiazda kina porno. Magdzie udało się znaleźć damską toaletę i przez kilka minut czekając na jej powrót, rozmawiałem z jakimś facetem, który zdecydował się na sprawdzenie swojej znajomości angielskiego. Natychmiast otoczył mnie tłumek ludzi, którzy nam się do tej pory, jedynie mniej lub bardziej dyskretnie przyglądali. Teraz ośmieleni przykładem mojego rozmówcy, próbowali choćby jednym wygrzebanym z pamięci angielskim słówkiem, chociaż na chwilę skupić na sobie moją uwagę. Magda wróciła z toalety lekko zdenerwowana, jak się okazało przeżyła tam niezbyt miłą przygodę. Irańskie kobiety, te starsze jak i młodsze rzuciły się na nią i siłą zaczęły poprawiać jej garderobę. Magda była ubrana w białą koszulę, jasną spódnicę i takąż chustkę na głowie, spod której dawało się jednak dostrzec kosmyki blond włosów. Najwidoczniej miejscowe matrony patrząc na tak „rozpustne” szaty, uznały za stosowne przypomnieć jej, gdzie jesteśmy. Do tego zawiązały Magdzie chustkę na głowie tak mocno, że oczy prawie wyszły jej na wierzch. Do odjazdu pozostało jeszcze kilkadziesiąt minut, ale z uwagi na to, że Magda chwilowo straciła zainteresowanie kulturą islamu, zdecydowaliśmy się kupić jak najszybciej jakiś prowiant (napój pomarańczowy 1 l. - 450 tomanów, nieco większy odpowiednik naszej kajzerki 25 tomanów) i  poczekać na autobus autside. Przeciskając się przez gąszcz ludzi i pojazdów wokół dworca, trafiliśmy na wcześniejszy autobus, który opuszczał już dworzec. Na nasze hasło „Isfahan” wciągnęli nas do środka i rozciągnęliśmy się na dosyć wygodnych siedzeniach. Przed nami kolejne 8 godzin drogi przez pustynię (bilet kosztował 1750 tomanów).  

Iran posiada znakomicie rozwiniętą sieć autostrad, wraz z towarzyszącą im infrastrukturą - oświetlone nieprawdopodobną ilością neonów przydrożne sklepy, zajazdy i restauracje. Mimo, iż irańskie władze deklarują dosyć wrogi stosunek do Stanów Zjednoczonych, to po pasażerach naszego autobusu nie było tego specjalnie widać. W każdym razie amerykańskie komedie z Flipem i Flapem, którymi raczył nas podczas drogi kierowca, cieszyły się - sądząc po natężeniu śmiechu i oklasków, największą popularnością. 

Do Isfahanu przyjechaliśmy po 23.00, jak się okazało nie jest to najlepsza pora na poszukiwanie hotelu. Magda posiadała jakieś wycinki xerowanego „LP Iran”, skąd wybraliśmy hotel „Amir Kabir”. Za taksówkę zapłaciliśmy tym razem dużo więcej niż w Teheranie - 2000 tomanów. Sam hotel również nie należał do najtańszych - oczywiście jak na warunki irańskie. Wszystko dlatego, że w hotelu zameldowaliśmy się prawie o północy, co recepcjonista skrzętnie wykorzystał. Poinformował nas, że nie ma już wolnych dwójek, i jedyne co nam pozostało, to czwórka z dzieloną toaletą i prysznicem za 5000 tomanów - od osoby! Nie mieliśmy ochoty na włóczenie się o tej porze po mieście w poszukiwaniu innego noclegu, tym bardziej, że koszt dojazdu do innego hotelu z pewnością przewyższyłby ewentualną oszczędność na cenie pokoju i przystaliśmy na proponowane  warunki. Wejście do pokoju znajdowało się na zewnątrz, przeszklona ściana w której mieściły się drzwi zasłonięta kotarami, stanowiła jeden z boków prostokątnego dziedzińca, na środku którego znajdowała się fontanna i klomby z kwiatami. Pojedyncze, ale olbrzymie łóżka, umywalka i stolik z krzesłami, na podłodze wykładzina nieokreślonego koloru, w sumie biednie, ale przynajmniej czysto. Szczyt marzeń jak na kolejny po prawie 70 godzinach nocleg... 

  

Isfahan...