Mam złe przeczucia, ledwo wysiadłem z busa runął tak ulewny deszcz, że nawet dach „korytarza” łączącego salę odpraw z poczekalnią zaczął przeciekać - no tak, typowa indyjska „sztuka”. Nie to, żebym bał się latać, ale przy takim oberwaniu chmury, bałagan musi być tu nielichy i odlot może się znacznie opóźnić. Dochodzi 18-ta, odprawa powinna zacząć się za pół godziny i odlot 22.35, tymczasem mojego lotu nie ma jeszcze nawet na tablicy. Idę do poczekalni i niespodzianka, wejście jest płatne!!! Nawet dla pasażerów czekających na samolot. Co za popieprzony kraj. Kosztuje co prawda tylko 20 Rs, ale ja nie mam już nawet 20 paise (tutejsze grosze). Spotykam Francuzkę, ostrzega mnie przed wchodzeniem do poczekalni, „bo tam zimno”. Rozumiem doskonale, co to znaczy - klimatyzacja. Ci, którzy już przyzwyczaili się do słońca i 40 stopni w cieniu, z miłą chęcią siekierami porąbaliby te wszystkie wynalazki przyprawiające o błyskawiczny katar.

Odlot się opóźnia, dochodzi jedenasta w nocy, a świetlna tablica milczy. Idę na poszukiwanie delegatury „Aeroflotu”. Są wszystkie linie BA, KLM, i kilka innych - mojej nie ma. Wreszcie znalazłem gdzieś na końcu korytarza, w ostatnim zakamarku. Zamknięte na głucho, a wokół tłumek innych pasażerów czekających na nasz lot. Przychodzi pracownik lotniska i prosi nas do odprawy. Kontrola biletów i paszportów, nadanie bagażu, kilka formularzy do wypisania i pół godziny potem siedzimy w sali odlotów, już za stanowiskami odpraw. Zimno jak cholera, jestem tylko w koszuli i bez skarpetek, dochodzi północ, a tu nikt nie wie, kiedy polecimy. Próbuję drzemać na niewygodnym siedzeniu, ale co chwila budzi mnie lodowaty powiew spod sufitu. Szlag mnie trafia i mam ochotę rzucić popielniczką w zakratowaną paszczę.

Czwarta nad ranem, obudziłem się skostniały z zimna i zaczynam kaszleć, pieprzona lodówka, co za kretyn to wymyślił. Wszyscy pasażerowie szczękają zębami okręceni czym kto ma, a żadnemu idiocie z obsługi lotniska nie przyjdzie na myśl, żeby to po prostu wyłączyć. Pytam jakiegoś pilota o nasz samolot, ale rozłożył tylko ręce. Pytam, czy nie można wyłączyć tego cholernego nawiewu, zanim dostaniemy zapalenia płuc i podobny gest. Powinni go wypchać słomą i zrobić pomnik bezradności. Na szczęście podali gorącą kawę. Wypić, czy ogrzewać skostniałe palce trzymając dymiący kubek w rękach?

Siódma rano, przyszedł pilot naszego samolotu. Tak mi się w każdym razie wydaje, bo wygląda jakby był na kacu i patrzy trochę „po rosyjsku”. Podszedł do niego pracownik obsługi i podał mu papierową teczkę (pewnie dokumentacja lotu), a ten nawet do niej nie zajrzał, tylko dziarskim krokiem skierował się prosto do wolnocłowego sklepu, który opuścił po kilku minutach z reklamówkami wypchanymi alkoholem. Nie ma cudów, to musi być nasz „Aeroflot”, nareszcie. Po dwóch godzinach kontroli osobistej (to pewnie przez te zamachy w Stanach - mam nadzieję, że nie prześwietlili mi filmów) weszliśmy na pokład samolotu. Boening 767. Ładny. Kilku minut kołowania i jesteśmy w chmurach. Całkiem niezły obiad, mimo, że z mikrofalówki i do tego mała plastikowa buteleczka Bordeaux. Za sześć godzin będziemy w Moskwie. Powinniśmy odlecieć w nocy i być już na miejscu, a o 10-tej rano miał być drugi samolot z Moskwy do Warszawy. Teraz wszystko pewnie wzięło w łeb i znów będzie bałagan i czekanie.

Trafiłem idealnie. Po wejściu na Szeremietiewo II, nabrałem szacunku dla hinduskiej organizacji i solidności. Ponad trzy godziny zajęło paniom przy stanowiskach „tranzytowych” oddzielenie pasażerów opuszczających już lotnisko, od tych lecących dalej. Wszystkie miały około pięćdziesiątki i żadna nie mówiła dobrze po angielsku. Zamiast ustawić nas grupkami i odprawić według kolejności odlotów, przekrzykiwały się nawzajem i wybierały do odprawy „na oko”. Zaraz potem, co chwila dostawały „cynk”, że właśnie odlatuje jakiś tam samolot i zaczynało się chaotyczne poszukiwanie pasażerów. Stojący obok mnie Norweg z niedowierzaniem patrzył na panie trzymające w rękach słuchawki najnowszych „Panasoniców” z setkami przycisków, którymi nie umiały się posługiwać. Ze słuchawkami przy uszach wrzeszczały tak głośno, że było jasne, iż prawdziwą łączność z pokojami obok nawiązują przy pomocy fal powietrznych, a nie kabli elektrycznych. Chaos nieporównywalny nawet z Indiami, jak to się dzieje, że samoloty nie rozbijają się tu co pięć minut?

Wreszcie moja kolej. Dowiedziałem się (przyszła młoda dziewczyna z innego stanowiska i tłumaczyła na angielski, bo ja nie znałem dobrze rosyjskiego, mimo kilkuletniej nauki w szkole podstawowej - wstyd!), że mój samolot („Aeroflotu”) do Warszawy, będzie dopiero jutro rano. Pięknie. Za godzinę odlatuje LOT - owski, ale jak na razie nikt nie wycofał rezerwacji, jeżeli jednak będzie wolne miejsce, to mnie tam upchną. Mam iść do poczekalni i w razie czego wywołają mnie po nazwisku megafonem. Poczekalnia to długi okrężny korytarz, w środku wypełniony sklepami, zza kolorowych szyb których, uśmiechnięte piękności na reklamowych planszach zachęcają do zakupów papierosów, alkoholu i kosmetyków z pominięciem tutejszego Balcerowicza i Bauca, i tak o wiele mniej pazernego, niż nasi „reformatorzy”.

Poznałem Ewę, wraca z Kazachstanu i też prawdopodobnie poleci moim samolotem. Niestety godzina upłynęła i nikt nas nie wołał. Dopiero 18-ta i znów spędzimy noc w poczekalni. Ewa mówi, że należy mi się hotel. Opóźnienie mojego lotu przekroczyło 24 godziny i linie muszą zapewnić mi nocleg i posiłek. Idziemy do informacji. Pani za ladą pyta, czy mam rosyjską wizę. Jeżeli nie to za 30$ mogę ją uzyskać i pojadę autokarem do hotelu, inaczej nie mogę opuścić lotniska. Wybuchamy śmiechem, Ewa zachęca mnie do walki o swoje i pytam o hotel na lotnisku. Pani robi zmęczoną minę i prosi o bilet. Z kalkulatorem w ręku wylicza czas opóźnienia (ma z tym pewne kłopoty, bo nie wiadomo nawet dokładnie, o której rano odleci nasz samolot), po chwili z rezygnacją przyznaje, że nocleg mi się należy. Ale tylko mi, powtarza patrząc wymownie na Ewę. Pokoje są jednoosobowe i pani każe mi iść za sobą. Jeżeli tak, to co jej przeszkadza, że Ewa pójdzie ze mną? Nikt na tym nie straci, a przecież nie będzie spała na podłodze pod okienkiem. Pani mówi, że tak się nie da i żebym nie grymasił, idę czy nie? Powiedziałem jej coś niezbyt miłego i odeszliśmy. Szkoda mi zostawić tu Ewę samą, tu też szaleje „klima” i jest cholernie zimno, zimniej niż na lotnisku w Delhi. Na szczęście Ewa ma kilka butelek kazachskiego wina...

Wróciłem do okienka, pani z miną kołchoźnicy ginącej za ojczyznę, wydała mi talony na kolację i jutrzejsze śniadanie w lotniskowej restauracji, oczywiście tylko dla mnie. Rosyjskie linie lotnicze zbankrutowałyby, gdyby pozwoliły dwóm osobom spać w jednym pokoju i w restauracji wydającej setki obiadów dziennie postawiły jeden talerz więcej. Jakoś się tym podzielimy.

Restauracja mieści się na antresoli na półpiętrze i obsługiwana jest przez panie żywcem wycięte z „Misia”. Usiedliśmy przy stoliku i żadna z kręcących się pań kucharek i kelnerek w jednej osobie nawet się nami nie zainteresowała. Po pól godzinie wszedłem na zaplecze i pokazałem kupony na kolację. Mam usiąść przy stoliku i czekać. Gdy poprosiliśmy o korkociąg, pani wyjaśniła nam, że nie wolno tu pić alkoholu i dopiero po obietnicy poczęstowania jej również, wydała nam otwieracz. Upłynęły kolejne dwie godziny, rozmawialiśmy z Ewą i z poznanym Szwedem, rozpracowaliśmy dwie butelki wina Ewy i kilka puszek piwa potomka wikingów, a kolacji ani śladu. Straciłem cierpliwość i poszedłem do kuchni ponownie. Hosanna, pani wytoczyła wózek z garnkami i zaczęła objeżdżać stoliki. Nie podają bowiem przygotowanych dań na talerzach, tylko do każdego gościa podchodzi pani z rondelkami i nakłada. Pięknie. Szwed był zachwycony, bo nigdy czegoś takiego nie widział. Ziemniaki o konsystencji cementu i kurczak. Podzieliliśmy nasze dwie porcje (moją i Szweda) na trzy osoby i jakoś poszło. Wino Ewy jest doskonałe. O północy niespodzianka, zamykają restaurację i musimy iść do poczekalni. Myśleliśmy, że przebalujemy tam do rana, w jakim takim cieple, przy stole i na wygodnych krzesłach, a tu klops. Szwed już odleciał, a my błąkaliśmy się po lodowatych korytarzach. Ławki są tam przemyślnie zaprojektowane, zniechęcają do dłuższego siedzenia. Metalowe i zimne, niewygodne i poprzedzielane poręczami, co uniemożliwia położenie się. Nawiew klimatyzacji był tak mocny, że nawet Ewa w swoim polarze szczękała zębami, a co dopiero ja ubrany jeszcze w stylu „tropikalnym”? Korytarze przypominały tunel aerodynamiczny, wiało tak, że czuliśmy to we włosach. Znaleźliśmy boczny korytarz, prowadzący do pomieszczeń gospodarczych. Lodowaty podmuch zaglądał tam rzadziej, ale o siedzeniu na podłodze nie było mowy. Wilka można dostać. Ciekły azot. Przypomniałem sobie mijaną po drodze styropianową planszę jakiejś reklamy i przytaszczyłem ją do wnęki. Kilka ciosów nogą i rękami (przydała się ta wizyta w szkole walki Kalarippayatu) i mamy dwie warstwy izolacji od lodowatego marmuru. Ewa w tym czasie skołowała kilka kartonów i rozłożyliśmy się na tym legowisku, przykrywając tekturą, jak na XXI wiek na międzynarodowym lotnisku przystało. Budząc się z zimna w nocy dokończyliśmy ostatnią butelkę wina. Rankiem wróciliśmy zmarznięci do restauracji. Jest 6.00 rano, samolot odlatuje o 9.50, może zdążymy dostać coś ciepłego do picia i śniadanie.

No i nie zdążyliśmy. Kupon zaniosłem do kuchni od razu i przez trzy godziny nikt do nas nie wyszedł. Przypominałem się trzy razy (co godzina) i pani się na mnie obraziła. Objeżdżając gości ze swoim wózeczkiem ostentacyjnie ominęła nasz stolik z tak komicznie nadętą miną, że nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu.

Pierwsze podejście do startu nie było udane. Samolot wyhamował gwałtownie przed końcem pasa startowego i zawrócił. Po chwili stewardessa w imieniu pilota poprosiła kilku pasażerów z przodu samolotu o zajęcie miejsc w ostatnich rzędach. Jeden z pasażerów wytłumaczył mi, że właśnie dlatego przeciążony widocznie samolot nie mógł wystartować za pierwszym razem. Wcale się nie boję. Chyba. Wreszcie jesteśmy w powietrzu. Lecąc TU - 154, za oparciem fotela znaleźliśmy rosyjską gazetę, wczorajszą, gdzie na pierwszej stronie Ewa wyczytała, że taki właśnie samolot rozbił się gdzieś między Ukrainą, a Turcją. Budujące. To był ten zestrzelony pomyłkowo przez ukraińską rakietę szkoleniową, ale wtedy o tym nie wiedziałem i po cyrkach ze startem w mojej wyobraźni królował widok naszego samolotu eksplodującego przy lądowaniu. Po dwóch godzinach wylądowaliśmy na Okęciu i witaj Polsko, ojczyzno wieszcza i PIT-u - 30.

 

Tekst i zdjęcia

Robert Wasilewski