Magda była już kiedyś w Stambule, więc w porę zorientowała się gdzie powinniśmy wysiąść i po kilku minutach jej pamięć doprowadziła nas w okolice Błękitnego Meczetu. Rozpoczęło się poszukiwanie hotelu i drugie od czasu Bukareszt zgrzyty. Po tym fatalnym początku dnia, miałem zamiar zatrzymać się w miarę dobrych warunkach w dwójce z własnym prysznicem. Tymczasem Magda radziła zadowolić się łóżkami na sali i prysznicami w korytarzu. Nie jestem aż taki delikatny i rozpieszczony, ale po 60 godzinach jazdy, nie byłem w nastroju do dzielenia sali i prysznica z nieznajomymi, i zawracania sobie głowy tym, czy ktoś nie dobiera się do plecaków, kiedy nie ma nas na sali. W Orient Youth Hotel recepcjonista poinformował nas, że singli, ani dwójek wolnych nie ma, a łóżko na sali lub na dachu kosztuje 2.5$ od osoby. Magda powiedziała, że jej to odpowiada, zdjęła plecak, wyciągnęła przybory do mycia i ubrania zamienne, i pozostawiwszy mnie z plecakami na korytarzu, znikła w łazience. Po kilkunastu minutach wyszła wyraźnie zadowolona. Nie miałem ochoty wybebeszać plecaka na środku korytarza i przebierać się naprzeciwko recepcji, perspektywa pozostawienia plecaka i torby z aparatem na ławce w korytarzu, też nie bardzo mi odpowiadała. Z trudem utrzymując wskaźnik temperatury na poziomie pomarańczowej kreski powiedziałem Magdzie, że zamierzam znaleźć lepszy nocleg, co też zrobiłem. Zatrzymałem się w hotelu „Belde” w Laleli, 6$ za bardzo czystą dwójkę, z trochę mniej czystą, ale za to własną łazienką. Ciepły prysznic postawił mnie na nogi. Przestałem złościć się na Magdę i w różowych okularach poszliśmy zwiedzać miasto.

Niewiele miejsc na świecie ma tak bogatą przeszłość, choć miasto jest dosyć młode. Założył je  ok. 600 r.p.n.e Grek Byzas i nazywało się wtedy Byzantion - to niewiarygodne, ale przez setki lat było zaledwie małą, peryferyjną osadą. Aż trudno uwierzyć, że tak strategiczne miejsce na styku dwóch kontynentów przez tyle wieków pozostawało niezauważane  i lekceważone przez ówczesne ludy usiłujące zapanować nad wschodnią Anatolią, choć trzeba przyznać, że leżąca na południowym krańcu morza Marmara, w okolicach cieśniny Dardanele Troja była już od stuleci polityczną, militarną i gospodarczą potęgą i to na niej skupiała się uwaga plemion greckich i licznych najeźdźców ze środkowej Azji, być może dlatego nikt nie zadał sobie wcześniej trudu pofatygowania się na północno - wschodni kraniec morza Marmara. Ten rejon docenili dopiero najeźdźcy z zachodu, kiedy to w 196 r.n.e. Byzantion stało się łupem Imperium Romanum, co zaowocowało przemianowaniem na Bisantium, a w 330r. cesarz Konstantyn Wielki przeniósł tu stolicę imperium i nadał miastu nazwę od swego imienia. Po rozpadzie imperium rzymskiego Konstantynopol był stolicą jego wschodniej części - Bizancjum. W VI w. za panowania cesarza Justyniana wzniesiono tu jeden z największych gmachów ówczesnego świata - świątynię Hagia Sophia. Kilkakrotnie plądrowany przez Krzyżowców i muzułmanów, Konstantynopol upadł wraz z cesarstwem bizantyjskim w 1453r. w, podbity przez tureckiego sułtana Mehmeda II, otrzymując ostatnią (?) nazwę Stambuł.

Obydwie najsłynniejsze w Stambule wielkie świątynie (Hagia Sophia - obecnie tylko muzeum i Błękitny Meczet) stoją naprzeciwko  siebie w centrum dużego parku pełnego zieleni i fontann, dzięki czemu jasnokrwista czerwień Sophi prezentuje się naprawdę okazale. Podobno specjalnie pomalowano kościół na taki kolor, aby ostrzec potencjalnych najeźdźców - tyle krwi będziecie musieli przelać, żeby zdobyć miasto. Jak widać na osmańskich Turkach nie zrobiło to większego wrażenia. Gdy tylko zdobyli miasto, natychmiast przerobili Hagię na meczet dobudowując cztery minarety.

Błękitny Meczet robi wrażenie zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Kubatura i rozmach iście bizantyjskie. Ten meczet to odpowiedź muzułmańskich architektów na zarzuty, że potrafią tylko podkradać cudze osiągnięcia - zbudowano go w 1616 roku, aby przyćmić piękno sąsiadującej świątyni Konstantyna. Przy okazji osmańscy architekci o mało nie popełnili świętokradztwa wyposażając go w sześć minaretów - do tej pory jedynym, który mógł się tym poszczycić był centralny meczet w Mekce i Turcy załagodzili sprawę sponsorując dobudowanie tam siódmego minaretu. Siedząc na dywanie wewnątrz Błękitnego Meczetu patrzyliśmy osłupiali na „małego księcia”... 

Z uwagi na cenę biletów (4$) i kolejkę darowaliśmy sobie oglądanie wnętrza Hagii. Skusiliśmy się za to, na wizytę w Yerebatan Saray, czyli Podziemnych Cysternach (2$). Jest to olbrzymi podziemny zbiornik na wodę (pochodzący jeszcze z czasów Konstantyna, a później rozbudowany przez Justyniana), którego 336 podświetlanych kolumn, odbija się w niezmąconej najmniejszym ruchem wodzie. Błyski fleszy przenoszone po nieruchomej tafli do najciemniejszych zakątków jaskini potęgują efekt. Trasa zwiedzania przebiega w jedną stronę i zajmuje min. 15 min (można oczywiście zostać dłużej). Z uwagi na romantyczną scenerię dosyć miłe miejsce na pamiątkowe zdjęcie dla zakochanych, zwłaszcza jeżeli lubią romantyzm dramatyczny. Podczas "zimnej wojny" był to punkt kontaktowy rosyjskich szpiegów, spiskował tu sam Kim Philby...

Spacerując wzdłuż linii tramwajowej, minęliśmy bazar i dotarliśmy w pobliże mojego hotelu w Laleli, gdzie nasz wzrok odruchowo wędrował w kierunku przeszklonych witryn biur podróży, oferujących autokary do Teheranu. Znów się lekko poprztykaliśmy, gdyż ustaliliśmy nasz pobyt w Stambule na dwa dni, tymczasem Magda zaczęła zdradzać niezdrowe zainteresowanie jutrzejszymi odjazdami. Po raz kolejny wyszedł ze mnie pantoflarz i w końcu opuściliśmy biuro z biletami na następny dzień w garści (25$). Resztę dnia spędziliśmy włócząc się kilka godzin osobno. Gdy Magda siedziała na internecie, udało mi się znaleźć miejsce z widokiem na Bosfor. Prawie godzinę z zachwytem patrzyłem na błękitne morze, po którym płyną, we wszystkich kierunkach najróżniejsze statki - od majestatycznych i wydawałoby się nieruchomych tankowców, przez kutry rybackie, aż po jachty i ciągnące za sobą białe smugi piany motorówki. Bez ładu i składu, chaotycznie, wszystkie wyglądają jak rozrzucone dziecięcą ręką zabawki. W oddali piękny most łączący Europę z Azją. Upojony tym widokiem zapomniałem zrobić zdjęcie. Typowe. Zdjęcia trzeba robić sekundę po pierwszym zachwycie, „na głodniaka”, jakby za chwilę obiekt naszego zafascynowania miał zniknąć. Inaczej grozi nam to, że obżarci pięknem nie pomyślimy nawet o czymś tak przyziemnym, jak aparat fotograficzny...

Wieczorem kolacja z Magdą w przypadkowej restauracji na deptaku, do której szef sali przekonał nas niskimi cenami. Każdy klient może przed zamówieniem zobaczyć swoje danie i przygotowujących je kucharzy. Porcja pieczonego mięsa (Magda znała nazwę tej potrawy, dla mnie to nie do zapamiętania) z ryżem i sałatką z nieokreślonej ilości warzyw, plus kieliszek czerwonego wina (2$). Po kolacji krętymi uliczkami zapuściliśmy się nad brzeg morza, mijając po drodze podświetlone meczety. Zaraz za kamiennym falochronem, na przybrzeżnych skałach, leży przewrócony na burtę i do połowy zalany wodą wrak statku. Nieopodal, na rozległym placu tureckie wesele na otwartym powietrzu. Kilka stołów i małych namiotów, skromne podium dla muzykantów i kółeczka mężczyzn i kobiet tańczących oddzielnie. Podchodzimy bliżej i nasze uszy zapoznają się z oryginalnym tureckim repertuarem. Podczas naszej półgodzinnej obserwacji, pan młody, ani pani młoda, nawet podczas tańca nie dotknęli się ani razu... Pożegnałem się z Magdą przed jej hotelem i pół godziny potem zapadłem w długo oczekiwany po ponad 80 godzinach sen.

Następne przedpołudnie spędziliśmy osobno, było zbyt mało czasu na przemierzenie piechotą wspaniałych mostów, z których roztaczają się piękne widoki na miasto, co obiecywałem sobie od dawna. Pocieszałem się, że zrobię to w drodze powrotnej... Kilka godzin spaceru po Sultanahmed i pół do drugiej spotkałem się z Magdą pod biurem podróży. Okazało się że znowu „daliśmy dupy”, gdyż nasze biuro było jedynie pośrednikiem i zostaliśmy zaprowadzeni do innego biura 200 metrów dalej, gdzie dopełniliśmy reszty nudnych formalności (kontrola paszportów i wiz). Tymczasem zaczął padać ulewny deszcz i kiedy podjechał furgon, aby zabrać nas do autokaru (dlaczego nie mógł podjechać od razu pod biuro?) wszyscy zaczęli się w popłochu przepychać do wejścia, żeby uchronić siebie i bagaże przed przemoczeniem. Na szczęście, kiedy po kilku minutach znaleźliśmy się przy autokarze, ulewa chwilowo zamieniła się w mżawkę, co pozwoliło nam załadować się do autokaru bez konieczności wyżymania plecaków. Podróż miała trwać ponad 50 godzin i zostawienie w schowku nasiąkniętych wodą ubrań z pewnością nie wyszłoby im na dobre. Ponieważ prawie 100% pasażerów stanowili Irańczycy, natychmiast znaleźliśmy się w centrum uwagi. Dosłownie co chwila któryś z Irańczyków wynajdywał powód, aby przejść koło naszych foteli i z bliska nam się przyjrzeć, a szczególnie Magdzie. Co prawda Magda była ubrana w długą do kostek spódnicę, a na głowie miała wzorowo zawiązaną chustę okrywającą włosy, niemniej dosyć wyraźnie odznaczała się na tle irańskich kobiet, przypominających zakonnice z klasztoru o nadzwyczaj zaostrzonym rygorze. Szczególną aktywność na tym polu wykazywał pewien młodzieniec, który co chwila próbował nawiązać z nami rozmowę rozpaczliwie poszukując w pamięci angielskich słówek. Usiłował też zająć miejsce za nami mimo, że kierowca dosyć stanowczym ruchem wskazywał mu fotel z przodu autokaru. Zaczął nam opowiadać, że jego ojciec jest bardzo ważną figurą w irańskim wywiadzie, i że pomoże nam załatwić wszystko, co tylko chcemy (chodziło o przedłużenie wizy Magdzie – miała tylko 5- dniową, ja 10.) Naturalnie zapraszał nas do domu, gdzieś daleko na północy kraju, na co my mając już doświadczenia z zaproszeniami, odpowiadaliśmy, że mamy za krótkie wizy. Jednak on dalej plótł swoje i bez przerwy dopytywał się o status cywilny Magdy, która nie mając ochoty na jego zaloty, przedstawiła się jako moja żona. Młodzieniec do tej pory traktujący mnie trochę lekceważąco (delikatnie spychał mnie z fotela, aby się przysunąć do Magdy i przerywał mi w połowie słowa, żeby tylko Magda coś do niego powiedziała) nabrał nagle respektu. W każdym razie na tyle, aby zejść mi z kolan i każdą próbę rozmowy z Magdą poprzedzić pytaniem mnie o zgodę. Od razu wydał mi się niesympatyczny i lekko stuknięty. Kiedy tylko kierowca lub któryś ze starszych pasażerów wskazywał mu jego fotel i upominał o powrót na miejsce, robił głupkowate miny i naśmiewał się za plecami. Zastanawiałem się, czy do mnie też robi takie głupie miny, kiedy się odwrócę, podczas gdy patrząc mi prosto w oczy, jego twarz przybierała wyraz wręcz pątniczej pokory. W końcu jednak miarka się przebrała, kierowca jak i inni pasażerowie (bądź co bądź, irański autobus, podobnie jak pokład statku, stanowi jakby terytorium Iranu) widząc jego niezdrowe zainteresowanie Magdą, siłą usunęli go zza naszych pleców i posadzili na miejscu. Nie wiem, czy jego krzyki były groźbami miotanymi w imieniu ojca na bardzo ważnym stanowisku w wywiadzie, jeżeli nawet, to kierowca najwyraźniej się nimi nie przejął i w końcu ruszyliśmy. Ponownie zaczęło lać. Dopiero, gdy wyjeżdżaliśmy ze Stambułu przekonałem się, jak wielkie jest to miasto. Minęliśmy dwa mosty i prawie godzinę kluczyliśmy ulicami zanim wjechaliśmy na autostradę. Przed nami najdłuższy odcinek podróży. Autokar jest komfortowy, poznaliśmy miłego Irańczyka (lekarza) z rodziną, jego półtoraroczny maluch raczkujący między fotelami po całym autobusie, to jak na razie jedyna atrakcja, na jaką możemy liczyć. Sama podróż raczej nudna, już po opuszczeniu Stambułu za oknami roztacza się krajobraz prawie księżycowy, bardzo rzadko nadarza się okazja do zaczepienia wzroku. No cóż, to autokar rejsowy, a nie turystyczno - widokowy, trzeba to będzie jakoś wytrzymać.

 

Persja...