Poniedziałek, 1 października, New Delhi. Sporo się wydarzyło, spędziłem dwie noce w „areszcie” na granicy pakistańskiej, tłukłem się nocnym pociągiem do Delhi i poznałem Włoszkę porzuconą przez narzeczonego. Po przybyciu do Amritsaru natychmiast wysłałem e-maila do konsulatu, czekałem godzinę na odpowiedź, ale na próżno (jak się okazało nadeszła następnego dnia rano i Piotr Opaliński radził mi od razu wracać do Delhi). Na granicy byłem tuż przed 15-tą. Setki żołnierzy, kilka ukrytych dyskretnie czołgów i transporterów (to oczywiście reakcja na podobne działania w Pakistanie, który graniczy z Afganistanem). Na posterunku indyjskim byli lekko zdziwieni moim widokiem, rzut oka na paszport i kazali mi zawracać. Nie mam wizy pakistańskiej i w obecnej sytuacji nie ma szans na przekroczenie granicy. Tłumaczyłem im, że muszę, bo nie mam kasy na samolot. Ostrzegli mnie, że jeżeli wybiją mi wyjazd z Indii, a zostanę zawrócony z Pakistanu, to moja dwukrotna wiza indyjska straci ważność i co wtedy? Nie mieli ochoty bawić się w papierkową robotę i kazali mi się zmywać. Po trzech godzinach wytupałem. Oficer powiedział mi, że przepuszczą mnie bez stemplowania paszportu i jeżeli zdarzy się cud, tzn. przepuści mnie strona pakistańska, wrócę na chwilę z paszportem. Po stronie pakistańskiej pierdolnik totalny, żołnierze ćwiczyli musztrę (to pewnie taki pokaz dla Hindusów) poganiani przez oficerów, wszyscy biegali dookoła bez celu. Gdy podchodziłem do ich posterunku, już z daleka pokazywali mi bym zawrócił i wymyślali Hindusom, co za idiota mnie tu wpuścił. Zaprowadzili mnie do budynku, do jakiegoś oficera, chyba niezbyt wysokiego szarżą, gdyż mówił po angielsku dużo gorzej ode mnie. Tłumaczyłem mu, że nie mam wizy (okazało się, że na dniach, z uwagi na sytuację, z powrotem wprowadzili wizy a procedury ich przyznawania znacznie się skomplikowały), nie mam kasy na samolot i tak dalej. Nic go to nie obchodziło, odprowadził mnie z powrotem pod „szlaban” i życzył miłego dnia. Kiedy tylko zniknął, z powrotem podszedłem pod budynek i kilku wartowników zaprowadziło mnie do niego jeszcze raz. Wydał jakiś rozkaz i pokazał żołnierzom wejście do środka. Przez chwilę pomyślałem, że wygrałem i mój upór został nagrodzony. Wprowadzili mnie do budynku, kazali zdjąć plecak i wskazali jakieś drzwi. Wszedłem i usłyszałem szczęk zamka. Mały pokoik z krzesłem, pryczą i wiadrem. Wpadłem w lekką panikę i zacząłem walić w drzwi, ale nie łomotały za głośno. Oczyma wyobraźni widziałem, jak mnie wieszają i rozstrzeliwują. Myślałem, że popełniłem straszną pomyłkę, z wiadomości na CNN wywnioskowałem, że Pakistan będzie współpracował ze Stanami Zjednoczonymi, ale jeżeli zrozumiałem źle i Pakistan opowie się po stronie Afganistanu? Wtedy, jako biały i przybysz z zachodu będę się doskonale nadawał do publicznego zlinczowania ku uciesze motłochu. Waliłem w drzwi jeszcze kilka godzin, ale nikt się tym nie przejmował i dałem spokój. Około północy zasnąłem na drewnianej pryczy z nadgniłym materacem.

Obudziło mnie szarpanie za ramię. Jakiś podrzędny wojak otworzył drzwi i zaskoczony moim widokiem, chciał widocznie sprawdzić, co się dzieje. Zaraz potem wyszedł zamykając drzwi. O 9-tej rano przynieśli mi śniadanie i znów szczęk zamka. Dwie godziny potem przyszli po mnie i zaprowadzili do jakiegoś ważniejszego oficera. Jak się okazało, w ogóle o mnie nie wiedział, służbę objął dziś rano i nic mu nie przekazali. Powiedział, że nie wie, dlaczego i jakim cudem tu jestem, a zatem nie może mnie wypuścić, dokąd nie ustali, o co chodzi. Wyjaśniłem mu i chyba mi uwierzył, ale musi sprawdzić. Znów wróciłem do „celi”, a raczej zdemolowanej sypialni dla wartowników. Trzy godziny potem wszystko było jasne, oficer sprawdził, że jestem czysty jak łza i nawet dzwonił w mojej sprawie. Niestety sam nie mógł podjąć decyzji, co ze mną zrobić i powiedział, że muszę zaczekać. Oddali mi plecak (przekręcony na drugą stronę i zdaje się brakuje mi kilku rolek filmów, i to tych zrobionych). Po co im one? Nowe to rozumiem, ale „wyprztykane”, czyżby jednak sprawdzali, czy nie jestem szpiegiem? Dostałem obiad i pozwolili mi się umyć, niestety do wieczora nic się nie wyjaśniło, i musiałem wrócić na drugą noc pod klucz. Teraz spałem już spokojnie, ale straciłem nadzieję, że uda mi się wjechać i teraz, przy tym bałaganie mogę tu kilka dni przesiedzieć, zanim wrócę do Indii.

Następnego dnia wszystko się wyjaśniło, ostateczna odmowa wjazdu. Co prawda miałem rację i ich rząd współpracuje z Amerykanami, ale to z pewnością nie spodoba się ulicy i cudzoziemcy mogą być zagrożeni tak, czy owak. Antyamerykańskie demonstracje i tym podobne, a odsyłanie w razie czego zwłok cudzoziemca w czarnym worku do ambasady, to strasznie pracochłonne zajęcie. Po stronie indyjskiej wartownicy też się zmienili i straciłem kolejną godzinę na wyjaśnianiu, o co chodzi. Po wyrwaniu się stamtąd pojechałem na dworzec kupić bilety do Delhi. Oczywiście nie było miejscówek i musiałem się zadowolić zwykłym, szkoda czasu i pieniędzy na hotele, brakuje mi pewnie ponad 50$ do biletu lotniczego.

Pociąg odjeżdżał o 22-ej z minutami i wróciłem na dworzec na trzy godziny przed odjazdem, na wypadek gdyby podstawili pociąg wcześniej. Opadła mnie wycieczka jakichś miejscowych dzieciaków i wyciągali do mnie notesy i długopisy prosząc o ... autografy! Upierali się, że widzieli mnie na pewno w jakimś filmie i nawet opiekująca się nimi nauczycielka nie mogła ich opanować. Tłumaczyłem im, że jestem z Polski i na oczy nie widziałem Hollywood, ale dzieci już wyobraziły sobie „gwiazdora” i nie miały zamiaru odchodzić z niczym. Nauczycielka pewnie nie chodziła do kina i zdała się na orientację dzieci, gdyż na końcu sama podstawiła mi kalendarzyk. Pierwszy autograf w moim życiu, naprawdę myślałem, że nic mnie tu już nie zadziwi. Kiedy już myślałem, że to koniec tej komedii, maluchy przybiegły do mnie jeszcze raz i ciągnąc mnie za ręce powiedziały, że na dworcu jest jeszcze jedna „biała aktorka” i koniecznie muszę ją poznać. Trochę się ożywiłem. Tu przy granicy pakistańskiej nie jeździ za dużo turystów z zachodu, to mogła być też Polka. Może znalazła się w takiej samej sytuacji? To było naprawdę komiczne. Ja szedłem z jednej strony ciągnięty przez gromadkę maluchów, a ona z drugiej, opędzając się przed podstawianym jej pod nos notesami. Po jej oczach poznałem, że jest jeszcze bardziej zaszokowana, niż ja. Okazało się, że to Włoszka i ma imię Laura. Co tam robiła? Pytałem, ale prawie wcale nie mówiła po angielsku. Zrozumiałem tylko, że też jedzie do Delhi i pojutrze ma samolot. Nie była jednak chętna do rozmowy i odniosłem wrażenie, że się mnie boi. Nie chciałem się jej narzucać i poszedłem do restauracji.

Spotkaliśmy się jeszcze raz na peronie, pociąg się opóźniał ponad pół godziny. Wreszcie go podstawili, rozdzieliliśmy się, gdyż ona miała miejscówkę, a moje „bydlęce” wagony były dużo dalej. Na szczęście pociąg był jeszcze na tyle luźny, że znalazłem wolne miejsce. Zapytałem przechodzącego konduktora, o której będziemy w Delhi i czy może znaleźć mi jakąś wolną leżankę. Zrobił okrągłe oczy i poinformował mnie, że to pociąg do Bombaju! Odjeżdża za dwie minuty. Wyleciałem jak z procy. Przypomniałem sobie o Laurze, nie było jej na peronie i jeżeli miała wolne miejsce, to pewnie się nie zorientowała. Przepychając się przez tłum Hindusów i krów na peronie, dopadłem wagonów sypialnych. Ponad 20, indyjskie pociągi są bardzo długie. W środku piekło, wsiadający kręcili się szukając miejsc, wszędzie pełno walizek i tobołków, a mój plecak blokował mnie co kilka sekund. Minąłem trzy wagony i pociąg ruszył powoli, sprzedawcy ze swoimi kramami wyskakiwali na peron. Nie bawiąc się w ceregiele, pięściami przebijałem się do przodu. Autentycznie waliłem prostymi i sierpowymi na boki. Znalazłem ją dwa wagony dalej. Leżała już na najwyższej koi. Nie bawiąc się w tłumaczenia ściągnąłem ją za nogi, porwałem jej plecak i teraz już kopniakami przebijałem się do drzwi. Laura była tak zaskoczona, że nawet nie protestowała. Kiedy dopadliśmy do wyjścia, przestraszyłem się. Przed nami było wprawdzie jeszcze jakieś 100 metrów peronu, ale pociąg jechał już dosyć szybko i skok był ryzykowny. Wyłączyłem mózg i skoczyłem, biorąc dwa kroki poprawki na siłę odśrodkową. Laura pewnie by nie skoczyła, ale ciągle trzymałem ją za rękę. Lekko się potłukliśmy, ale to drobiazg. Kiedy jej powiedziałem, gdzie by się obudziła, rzuciła mi się na szyję. Czekaliśmy na nasz pociąg jeszcze prawie godzinę i rozmawialiśmy częściowo po angielsku, rosyjsku i na migi. Wyjaśniła mi, że była w Indiach z chłopakiem, ale się pokłócili i on ją zostawił samą. W Amritsarze była tylko przejazdem, nawet nie widziała Złotej Świątyni, wracali gdzieś z gór na północy. On chciał pojechać na południe, a ona wracać do Delhi na samolot i chyba o to poszło. Cały dzień i noc czekała w poczekalni na dworcu, gdyż bała się jechać w miasto, żeby się nie zgubić i żeby jej nie oskubali. No tak, wyobraziłem ją sobie rzuconą na pastwę rikszarzy, naganiaczy i ich sztuczek.

Po przyjeździe do Delhi zatrzymałem się w Ringo Guest House. Laura chciała od razu jechać na lotnisko i tam całą noc i następny dzień przespać na siedząco w poczekalni. Miała już dosyć Indii, Hindusów, wszechobecnych cwaniaczków i chaosu. W końcu namówiłem ją jednak, żeby zatrzymała się w moim hotelu. Przez resztę dnia pokazałem jej kawałek miasta i było tak miło, że prawie zapomniałem, w jakiej jestem sytuacji. Były tylko dwa wyjścia, udać się po pomoc do ambasady lub skontaktować się moim architektem milionerem i poprosić o pożyczenie kilkudziesięciu dolarów. Kiedy dzwoniłem do Erica nikt nie odbierał, pewnie jest w Kovalam. A więc tylko ambasada, chociaż ze względu na mój stosunek do urzędasów wolałbym jednak tego uniknąć. Obiecałem Laurze, że odwiozę ją w poniedziałek na lotnisko i zapytała mnie, kiedy jest mój samolot. Wyjaśniłem jej, o co chodzi i kręciła głową z niedowierzaniem.

Dziś po południu jadę z Laurą na lotnisko, a po drodze wstąpię do ambasady. Przedtem idziemy na Connaught Place zorientować się cenach lotów do Polski. Tragedia. Najtańsze bilety do Frankfurtu - 310$. „Aeroflot” do Warszawy - 350$. Czyli brakuje mi prawie 100$. Odkładam ambasadę jako wariant ostateczny i kolejny raz dzwonię do Erica. Telefon odebrała pokojówka i wyjaśniła mi, że „sir Mahedy” wyjechał na kilka dni. Łapiemy „firmowy’ airportbus za 50 Rs i po godzinie jesteśmy na miejscu. Na lotnisku Laura na pożegnanie wciska mi ostatnie, wyciągnięte gdzieś z dna plecaka 70$. Jej już nie są potrzebne, a jest mi wdzięczna za wyciągnięcie z niewłaściwego pociągu i pomoc. Kocham Włoszki. Laura Canestrarri. Bellisima.

Wtorek, 2 października. Cholera, znowu pech. Byłem skłonny polecieć do Frankfurtu, zostałoby mi ok. 15$, tyle wystarczyłoby na przejazd stopem do Polski. Niestety samolot „Uzbekistan Airlines” odlatuje tylko raz w tygodniu, właśnie we wtorki i musiałbym czekać tydzień. Nie mam już ani rupii i musiałbym wydać te dolce na hotele i żarcie. Niemcy są drogim krajem i przejechanie ich nawet, jeśli stopem, ale bez grosza przy duszy będzie bardzo trudne. Do „Aeroflotu” brakuje mi 25$ - piątkę wytargowałem, odlot w nocy z czwartku na piątek.

Środa, 3 października. Urządziłem totalną wyprzedaż. Na pierwszy ogień poszedł zegarek od Erica (sorry my friend), trzy jedwabne koszule uszyte w Madurai, przewodnik LP, klapki pod prysznic!!, kamizelka podróżna, latarka, dwie kłódki i kilka innych drobiazgów, po które w Polsce nie schyliłby się ostatni żebrak. Za wszystko wziąłem 27$. Kupiłem bilet i zostały mi 2$. Ostatnią noc w Delhi prześpię na ulicy. Już od dwóch dni stołuję się w najtańszych, obleganych przez muchy i robactwo stoiskach ulicznych kucharzy. Śniadanie i kolacja - 25 Rs. dziennie. Od wyjazdu z Polski ani razu się nie zatrułem, aż dziwne. Te dwa dolce muszą zostać na dojazd na lotnisko i jutro żegnajcie Indie. Wróciłem do hotelu po plecak i właściciel pyta, gdzie będę spał. Nie wiem, może w poczekalni na lotnisku? Każe mi zdjąć plecak i wskazuje drzwi do mojego pokoju. Ostatnia noc gratis. Niewiarygodne, Indie zaskakują mnie coraz bardziej, dlaczego dopiero na dzień przed wyjazdem? Podziękowałem mu i poprosiłem o plik reklamowych wizytówek, które w ramach „czynu społecznego” rozdałem w okolicach dworca kolejowego. I tak na koniec sam zostałem naganiaczem.

Rano prysznic, 15 Rs. za śniadanie na ulicy, pożegnanie z właścicielem hotelu, ostatni spacer po Pahar Ganji, Connaught Place i airportbusem na lotnisko. Szkoda, że nie było mi dane wrócić lądem i zobaczyć pominięte wtedy miejsca mimo, że jestem już trochę zmęczony tą podróżą. W ciągu tych dwóch miesięcy zrobiłem niezły kawałek po Indiach, ale to przecież i tak zaledwie promil tego, co warto zwiedzić w tym olbrzymim kraju.

 

Uroki lotnisk i latania...