Jhansi, spory i
niedawno odremontowany chyba dworzec jest dosyć daleko od miasteczka. Od razu
kupiłem bilety do Amritsaru na jutrzejszą noc - 230 Rs. Kończy mi się kasa,
zostało mi trochę ponad 250$, w sam raz tyle, ile potrzeba na powrót, z uwzględnieniem
kilku pominiętych wtedy miejsc. Zostawiłem sobie 80$ „górki” w stosunku
do kosztów w pierwszą stronę, dodatkowe noclegi w Pakistanie, Iranie, kilka
dni w Stambule, Bukareszt. Cholera, kiedy to będzie, znów tyle tysięcy
kilometrów i ze trzy tygodnie. Dawno nie słuchałem telewizji i nie mam
bladego pojęcia, czy Amerykanie już zaatakowali, czy nie. Na razie nie
przyjmuję do wiadomości tego, że granice będą zamknięte. Magda za swój
najtańszy na rynku bilet Uzbekistan Airlines do Frankfurtu, dała w Delhi coś
ponad 300$, to dopiero byłby klops. Lepiej nawet o tym nie myśleć. Nie chcąc
tracić pieniędzy i czasu na kłótnie z rikszarzami, pieszo wyruszyłem do
dworca autobusowego. Po kilku kilometrach przegrałem z morderczym popołudniowym
słońcem i ośmioosobową rikszą (nigdy wcześniej takiej nie widziałem)
dotarłem na miejsce. Zastanawiałem się też, czy warto tam jechać. Pamiętam
o wysokich opłatach za zwiedzanie niektórych miejsc, ale z kolei na południu
nie spotkałem się z takimi praktykami mimo, że warunki temu sprzyjały. Świątynie
w Tanjavour lub w Madurai otoczone są murami, mimo to wejście jest darmowe, z
wyjątkiem nieszczęsnych biletów na fotografowanie, które jak się okazało są
niewiele warte. Po drodze, w mijanym biurze informacji turystycznej kobieta
sprawiająca wrażenie kompetentnej zapewniła mnie, że wstęp do erotycznych
świątyń w Kadjuraho jest darmowy. Jeżeli tak to naprzód. Niestety dziś nie
ma już autobusów do Kadjuraho, ale o 15-tej odjeżdża jeden do Chatapur - 45
Rs, skąd można złapać jakąś okazję dalej. Pół godziny do odjazdu. Kupiłem
dwie butelki wody i trochę owoców. Na miejscu byłem około 20-tej. Cholerne
indyjskie autobusy i ich kręte szlaki. W Chatapur okazało się, że ostatni
autobus do K. właśnie odjechał. Pieprzone indyjskie autobusy. Jestem tak wściekły,
że miałbym ochotę wysadzić to całe miasto w powietrze. Jeżeli nie dotrę
tam dzisiaj, to śmiało mogę wracać do Jhansi, pociąg mam jutro o 22-ej z
minutami i nie mogę ryzykować spóźnienia. Pytałem o nocleg, wszędzie brak
miejsc, a naganiaczy jak na lekarstwo. Jestem brudny, zakurzony i głodny, do
tego perspektywa błąkania się kilometrami z plecakiem w poszukiwaniu hotelu.
Nagle, koło mnie z piskiem opon zatrzymał się jeep z 15 Hindusami w środku,
Dwóch siedziało na dachu. Kierowca pyta mnie - Kadjuraho? 25 Rs i za godzinę
będziemy na miejscu. Łapią mój plecak i wciągają mnie na dach. Rzucało
jak diabli, na każdym zakręcie zawisałem na moment w powietrzu, trzymając się
gorących reflektorów. Na miejscu wybrałem hotel Gupta Palace. Ogromna dwójka,
z telewizorem, klimatyzacją (nienawidzę!!! ale to dodatkowe luksusowe wyposażenie)
i ciepłą wodą tylko 60 Rs. Myślałem, że się przesłyszałem i pytałem
recepcjonistę trzy razy pod rząd. Prawdopodobnie pomyślał, że uważam cenę
za zawyżoną i powiedział – 55 Rs, ostatnie słowo i zainstalują mi
moskitierę. Coś tu jest nie tak. Nagle olśnienie. Pytam, ile kosztuje wstęp
do świątyń - 10$. Kląłem chyba z pół godziny bez przerwy, nie powtarzając
się ani razu. Cholerna biurwa, czekaj ja ci jutro dam.
Po śniadaniu w
hotelowej restauracji kolejna porcja nerwów. Strażnik przy świątyni nie
chciał wziąć łapówki, albo dawałem za mało - proponowałem mu 3$ jakie
miałem luzem. Żeby było bardziej denerwująco, to cennik zmieni się od
jutra. Jakiś
dureń w ministerstwie turystyki musiał w końcu „zatrybić” jakich
spustoszeń narobił i jeden ze strażników zdradził mi, że teraz bilety będą
kosztować tylko 5$. Proponowałem mu, aby
wpuścił
mnie za tę kwotę dziś, a bilet podstemplował sobie jutro. Niestety. Trudno,
róbcie tak dalej nieuki, ja dziś wyjeżdżam. Jeżeli zamiast 5$ (które i tak
będziecie pobierać od jutra) wolicie figę, to nie skamlajcie mi później o
parę groszy, że jesteście
biedni.
To w ogóle jakiś obłęd, w tym kraju gdzie na każdym kroku słychać słowo
„bakszysz” i gdzie każdy naciąga każdego jak tylko może, wtedy, kiedy
potrzeba, i kiedy nie chodzi o naprawdę jaskrawy kant, nie ma nikogo, kto złamałby
głupi przepis. Jeszcze
raz
przeliczyłem kasę, ale rachunek jest nieubłagany, powinienem być już na
granicy pakistańskiej. A jeżeli granica jest zamknięta? Brrr… Zawołałem
hotelowego „boya” (15 - letni chłopaczek) i pół godziny uczyłem go posługiwania
się Canonem. Dałem mu 50 Rs za fatygę i wysłałem do świątyni, żeby zrobił
kilka zdjęć, może coś z tego będzie, szkoda że nie zobaczę „kamasutry”
na własne oczy... 
Zobaczyłem za to
tutejszą szkołę - betonowa wnęka z piaskiem na podłodze. Cały autorytet
miejscowego nauczyciela wyparował w jednej chwili, a dzieciaki natychmiast
rzuciły się do mnie, podsuwając mi pod nos swoje zeszyty do sprawdzenia. Tuż
za miastem jest kilka świątyń, ale ich rzeźby są już dużo skromniejsze i
jeżeli ktoś szuka tam "uświadomienia", to raczej nie znajdzie.
Figurki zdobiące ściany świątyń są okaleczone. Brakuje im nóg, rąk,
zmasakrowane twarze. To robota islamskich najeźdźców. Muzułmanie podbijający
Indie niszczyli wszystko, co obrażało islam.
Po południu autobus do Jhansi. Na szczęście prywatny (100 Rs.), z numerowanymi miejscami i jadący bezpośrednio do celu. A więc jutro będę z powrotem w Amritsarze na granicy, całą drogę myślę tylko o jednym, przepuszczą, czy nie? Wczoraj słyszałem na CNN, że jak na razie armia amerykańska dopiero szykuje się do bombardowania, więc powinien być jeszcze, jaki taki spokój. Chciałem wysłać e-maila z pytaniem do konsula Opalińskiego, ale akurat nie było prądu.
O 22.15 wsiadłem w pociąg do Amritsaru, na miejscu będę jutro ok. 14-tej, wpuszczą czy nie?