Siódma rano, jakoś to przeżyłem. Owinąłem się prześcieradłem, skuliłem w kłębek i jakoś poszło. Prześcieradło co prawda do prania, a plecak czeka solidna „lustracja” pod kątem niedobitków owadziej wojny, ale mogło być gorzej. Jestem na przedmieściach Bombaju, widok przygnębiający. Przygnębiający tylko dlatego, że jestem w Indiach już ponad miesiąc i widok setek wypróżniających się na torach ludzi, mieszkańców ciągnących się tu kilometrami tekturowych slumsów, nie szokuje mnie tak, jak szokowałby kogoś, dla kogo byłby to pierwszy kontakt z tym krajem. Czegoś takiego nie widziałem jednak nawet w Kalkucie, która jest podobno „stolicą nędzy”. Jeszcze jedno wielkie, męczące miasto, tym razem już ostatnie. Prowincja jest jednak przyjemniejsza, w wielkich miastach ogniskuje się wszystko, co tu najgorsze.

Po opuszczeniu Wictoria Station prawie godzinę błąkałem się w poszukiwaniu hotelu. Tragedia. Poniżej 500 Rs, nie ma nawet co pytać, a i pokoje które za tę cenę oferują, przypominają średniowieczne przytułki dla trędowatych. Wróciłem na dworzec i kupiłem bilety na jutrzejszy wieczór, do Jhansi (337 Rs.), skąd pojadę do Kadjuraho. Niestety, jak wynika z mapy i przewodnika, znów pewnie autobusem. Taksówkarz - naganiacz, proponuje mi tani i czysty hotel 350 Rs. + 50 Rs, za kurs. Jeden mankament, dosyć daleko od dworca. Miałem już tego dosyć i pojechałem z nim, rzeczywiście bardzo daleko, prawie pół godziny jazdy. Bombaj - mieszanina monumentalnej, kolonialnej, wiktoriańskiej architektury, tandetnych i koszmarnych „drapaczy chmur” i tego, czego w Indiach najwięcej ceglano - betonowych ruder. Dookoła tego kilometry kleconych, z czego się tylko da chatek, namiotów - dzielnice slumsów, biedoty, której cały posiadany majątek nie przekracza dolara na głowę. Gdzie każdy dzień jest walką na śmierć i życie, o przynajmniej jeden najskromniejszy posiłek, aby podtrzymać wegetację. Mijamy osiedla ruder i zbliżamy się do granicy slumsów. Taksówka kluczy coraz węższymi i mniejszymi uliczkami, i wreszcie wjeżdżamy w zaułek tak koszmarny, że nogi mi się uginają. Mam wrażenie, że obdarte sylwetki przechodniów patrzą na mnie jak tygrysy, którym właśnie wprowadzono do kojca jagnię. Hotel „Al Karim”. Recepcjonista wyjaśnia, że na razie nie ma  wolnego pokoju, jeden zwolni się po południu. Poleca mi zostawić plecak w pralni na dachu. Pralnia to po prostu kilka kranów z wodą wokół kamiennej rynny, gdzie kręci się mnóstwo obdartych lub nagich Hindusów i wszyscy patrzą na mnie jakbym miał kosmiczny skafander i zielone czułki na głowie. Jeden z nich wskazuje mi miejsce w kącie, gdzie nie dociera płynąca podłogą woda. Z dziury w ścianie wyjrzały dwa szczury wielkości kotów i węszą jakiegoś łupu nosami wyposażonymi w zwisające, czarne antenki. Mam delikatne wątpliwości, co do pozostawienia tu plecaka bez opieki, ale zdaje się, że nie będę miał innego wyjścia.

Dotarcie z powrotem do centrum miasta zajęło mi mniej czasu, niż to początkowo przypuszczałem. Najgorsze było pierwsze kilkaset metrów. Nawet w ciągu dnia przemierzanie tych okolic nie było niczym przyjemnym, co dopiero będzie w nocy, gdy będę wracał? Zmrok zapada tu wcześnie, pozostaje się tylko modlić, że wieści o białym turyście nie rozpalą wyobraźni miejscowych oprychów o nieprzebranym bogactwie mojego portfela. Przeszedłem jakiś kilometr, starając się dotrzeć do miejsca, gdzie kursują już jakieś miejskie autobusy i nagle wydało mi się, że słyszę łoskot pociągu. Zboczyłem kilkadziesiąt metrów. Bingo. Tory kolejowe i nieopodal stacja. Co 20 minut podmiejski pociąg do Wictoria Station. Tylko 3 Rs. Już się bałem, że zrujnuję się tu na taksówki. Pół godziny potem byłem już w centrum. Metodą prób i błędów ustaliłem, którym autobusem spod dworca dojechać do Gate of India nad brzegiem morza. Niedaleko „bramy Indii” jest najdroższy w Bombaju i chyba w całych Indiach Taj Mahal Hotel. Chcąc przez chwilę poczuć się „człowiekiem światowym” wybrałem się na spacer pobliskim pasażem i to był błąd. Opadło mnie ze dwudziestu agresywnych naganiaczy, wciskając mi wszystko, młode dziewczynki lub jeżeli wolę chłopca, tourne po nocnych lokalach ze streaptiserkami, wycieczkę taksówką po mieście, łódź na pobliską wyspę, baloniki na druciku, materace kąpielowe, figurki z nielegalnej zapewne kości słoniowej i wywar z zębów maharadży o „magicznej mocy”. Opędzałem się od nich prawie pół godziny i myślałem, że w końcu dojdzie do bitki. Tak mnie ten sabat zdenerwował, że nawet morze przestało mnie cieszyć i piechotą „na czuja” wróciłem pod dworzec. Tylko jedna propozycja była ciekawa. Kiedy wymawiałem się im brakiem pieniędzy, jeden zaproponował mi „łatwy zarobek” - lot do Singapuru z „towarem”. Prawdopodobnie chodziło o diamenty, nawet do 3 tys. dolarów za kurs, z zamianą na 15 lat studiowania tamtejszego systemu penitencjarnego. Chociaż kto wie? Nie mam pojęcia, kto wygrał wybory w Polsce, może trzeba tu będzie wrócić...

Szukając cienia na dworcu spotkałem dwójkę Polaków. Dziewczyna była tak podobna do Anny Chodakowskiej - aktorki o ile pamiętam, że od razu pomyślałem - to musi być Polka. Aneta i Paweł. Dopiero co przylecieli do Bombaju. I tak poznałbym to, po niedowierzaniu z jakim rozglądali się wokół (teraz już wiem jak wygląda ów „szok cywilizacyjny”), zamierzają jechać do Nepalu, czyli tam skąd ja w popłochu uciekłem. Może będą mieli więcej szczęścia. Pomogłem im zapoznać się z miejscowym systemem pociągów podmiejskich i kuchnią nadającą się do jedzenia dla ich żołądków, które nie przeszły jeszcze aklimatyzacyjnej „kwarantanny”. Pospacerowałem z nimi jeszcze z godzinę i powrót do hotelu, zanim się ściemni. Do hotelu dotarłem jednak po zmroku, zgubiłem się w drodze ze stacji i sercem w kolanach błąkałem się między ruderami, starając się wypatrzyć znajomy szyld w miejscu, gdzie zszedłem z głównej ulicy po usłyszeniu pociągu. Gdy mijałem grupki stojących w bramach Hindusów, przerywali konwersacje i przypatrywali mi się w denerwujący sposób. Do tego biegająca za mną gromadka dzieciaków pokrzykujących daj im to i tamto. Wreszcie odnalazłem hotel, ale przyszedłem z zupełnie innej strony. Od razu poznałem, że plecak był „przeczesany”, ale nie zostawiłem tam nic cennego. Nawet nie zadali sobie trudu, żeby ułożyć rzeczy tak samo. Wszcząć awanturę? Lepiej nie, mam tylko nadzieję, że nie odważą się na otwarty rozbój. Mój pokój bez okna ma długość dwóch metrów i szerokość półtora, akurat tyle, ile wystarczy na łóżko i stołek do postawienia plecaka. Gdy podniosłem materac, z dużego rozdarcia wysypało się ze 20 pluskiew i innych przedstawicieli gatunku stawonogów. Zrezygnowany wywaliłem materac za drzwi i położyłem się na prześcieradle na gołych deskach. Pod sufitem przez środek pokoju biegnie kilka ogipsowanych rur, ginących w dziurach w przeciwległych ścianach. Przypomniałem sobie ruchliwe nosy szczurów i postanowiłem nie gasić światła na noc.

To była męcząca noc, co kilkadziesiąt minut na najmniejszy odgłos budziłem się, odruchowo zerkając w górę, czy nie nadchodzą nieproszeni goście z okolicznych kanałów. Pod jedynym na piętrze i niewyobrażalnie syfiastym prysznicem był taki tłok, że zdecydowałem się poczekać na kąpiel do momentu dotarcia na dworzec. Walczyłem jeszcze przez moment, ale widok karalucha wielkości mydła, pełzającego brzegiem porośniętej wodorostami umywalki, do reszty zniechęcił mnie nawet do umycia zębów. W sumie dziwne, myślałem, że przekroczyłem już granicę tego, co może mnie tu zadziwić lub zobrzydzić.

Prysznic na dworcu. Trzeba przyznać, że mimo niewiarygodnego w Indiach brudu, wszystkie zaliczone przeze mnie stacje kolejowe - zarówno te w wielkich miastach, jak i na prowincji - wyposażone są w bezpłatne prysznice dla pasażerów. Ich standard może być różny, ale są. Wbrew oficjalnej propagandzie o zniesieniu systemu kast i budowie społeczeństwa egalitarnego, na większych stacjach „odświeżalnie” podzielone są na klasy odpowiadające posiadanym biletom. Bilet na pociąg pierwszej klasy (sypialny lub zwykły - klimatyzowane wagony z lotniczymi fotelami), jest około 2 - 3 krotnie droższy od „second class sleeper”, z czego wynika też prawo do korzystania z dworcowych pryszniców o podwyższonym standardzie. Jest tam czyściej, kabiny prysznicowe są większe i posiadają haczyki do powieszenia ubrania, a na ścianie z umywalkami można spodziewać się lustra. Wyniuchawszy tę różnicę, zawsze na ogół korzystałem z tych lepszych, większość pracowników kolei nie żąda od białych okazania biletu przyjmując, że podróżują pierwszą klasą. Teraz też pewnie przekroczyłem drzwi prowadzące do odświeżalni przeznaczonej dla lepszej odmiany homo sapiens, gdy nagle usłyszałem piszczący głos „Your ticket please,”. Momentalnie wrosłem w ziemię i obejrzałem się za siebie. Słowa te wypowiedziała niesamowicie potężna kobieta siedząca za biurkiem, przysłoniętym częściowo otwartymi drzwiami. Była tak gruba, że wydawało mi się, iż trzyma je na kolanach i gdyby tylko wstała, to biurko razem z nią oderwałoby się od ziemi. Sparaliżowało mnie do końca i nie byłem w stanie wydukać słowa. Spostrzegłem, że nie była ubrana w sari, miała na sobie obcisłą żółtą sukienkę. Dopiero po chwili zrozumiałem dlaczego. Kupno takiej ilości materiału jakiej wymaga sari, musiałoby zrujnować całą rodzinę, poza tym jej obfite kształty były teraz jako - tako trzymane w ryzach krojem sukienki. W luźnym sari jej ciało prawdopodobnie „rozpłynęłoby się”, a tak napięty do ostatnich granic materiał - sądząc po ciśnieniu, jakie musiał wytrzymać, zszywany chyba strunami gitarowymi - pozwalał jej utrzymać nadaną przez krawca sylwetkę. Musiałem mieć strasznie głupią i zaskoczoną minę, bo kobieta starając się przybrać jak najłagodniejszy wyraz twarzy, powtórzyła „Can I see your ticket, sir?”. Nie mogąc oderwać od niej oczu, jak zahipnotyzowany wyciągnąłem posłusznie bilet z kieszeni. „I am sorry sir, Your shower is next door right”. Posłusznie odwróciłem się na pięcie i wyszedłem jak sterowany pilotem. Poniosłem klęskę. Na szczęście prysznice drugiej klasy były i tak o niebo czystsze, niż te w hotelu.

Kolejne 18 godzin w pociągu. Żebrzące dzieci, sprzedawcy i pomyłka komputera rezerwującego miejsca. Kiedy wszedłem do wagonu, na moim miejscu siedział siwy staruszek. Poprosiłem go o pokazanie biletu, ale nie rozumiał. Zatrzymałem idącego korytarzem konduktora i wyjaśniłem mu o co chodzi. Sprawdził bilet starszego Hindusa i okazało się, że mamy dwa ważne bilety na to samo miejsce. Zaproponował, że do nadejścia nocy musimy się jakoś przemęczyć, do tego czasu znajdzie inną leżankę. No cóż, on zajął miejsce pierwszy, a ja jestem młody. Zanim „kanar” przeniesie mnie na jakąś wolną „koję” mogę posiedzieć na schodach, w otwartych drzwiach pociągu, ciesząc się chłodzącym wiatrem. Wtedy podszedł do nas wojskowy patrol, zwabiony najwyraźniej tym małym zamieszaniem z udziałem konduktora. Gdy ten wyłuszczył im sprawę, jeden z wojaków powiedział coś do starszego Hindusa, a ten bez słowa zabrał swój węzełek i usiadł na podłodze w korytarzu. Konduktor wzruszył ramionami i obiecał znaleźć wolne miejsce w ciągu godziny. Wskazałem staruszkowi nasze miejsce, ale zignorował mój gest obojętnym wzrokiem. Poczułem się strasznie głupio, wydawało mi się, że wszyscy pasażerowie patrzą na mnie z wyrzutem. W pierwszej chwili pomyślałem, że może staruszek nie rozumie, o co mi chodzi, że nie mam do niego żadnej pretensji i mogę poczekać na nowe miejsce. Poprosiłem jednego Hindusa znającego angielski, aby mu to wytłumaczył i ten powiedział mi, że to bezcelowe. Żołnierz zakazał mu siadania na tym miejscu i on tego nie zrobi, dopóki polecenie wojaka nie zostanie cofnięte. Już dawno temu zauważyłem, że w Indiach polecenia wojska i policji, wykonywane są szybko i bez zbędnych tłumaczeń, ale żeby do tego stopnia? Przenosząc się na miejsce znalezione przez konduktora zatrzymałem ich (tym razem obaj mieli przedpotopowe muszkiety) i zapewniłem, że sprawa jest już wyjaśniona. Mam nadzieję, że zajrzą do niego, bo inaczej staruszek przesiedzi noc na podłodze. Całe szczęście, pół godziny później sprawdziłem i dziadek smacznie spał.

 

Kadjuraho...