Jestem w teatrze Kathakali. Kathakali to „taniec bogów”, wywodzący się z rytuałów starożytnych wojowników. Aktorami są wyłącznie mężczyźni, bez jednego słowa, setkami gestów opowiadają staroindyjskie eposy o walce Dobra ze Złem. Aby wyjść na scenę, każdy adept musi ćwiczyć prawie 10 lat. Musi poznać „role” wszystkich postaci, co oznacza opanowanie tysiąca gestów, min i układów tanecznych. Sam make up twarzy zajmuje ponad godzinę. Każdy kolor ma swoje znaczenie, wyraża charakter i cechy danej postaci. Podklejony pod brodę biały „kołnierz” ma skierować uwagę widza na twarz i mimikę aktora. Siedzę na zapleczu i obserwuję, jak mężczyźni pędzelkami i łopatkami nakładają na twarze roślinne farby. Pewne ruchy, ani jednego zirytowanego spojrzenia na błyski mojego flesza z niewielkiej odległości, prawdziwi zawodowcy. Samo przedstawienie niezbyt ciekawe, może dlatego, że nie jestem biegły w hinduskiej mitologii, a używanie „ściągawki” podpowiadającej znaczenie podstawowych gestów, jest w praktyce, z uwagi na szybkość ruchów, niewykonalne.

Późnym wieczorem siedzę w kafejce przy głównej ulicy i popijam lodowatego sheake’a ananasowego, czekając na umówiony samochód, który ma mnie zawieźć za miasto do szkoły Kalarippayatu. Na początku bałem się tutejszych lodów i mlecznych napojów z surowymi sokami, ale teraz nauczyłem się już odróżniać restauracje bezpieczne od „zakaźnych”. Tutejsze koktajle lodowe są wspaniałe. Podjeżdża mój kierowca...

To było niesamowite, na początku myślałem, że będzie to tylko rutynowy popis dla kolejnego turysty, tymczasem widziałem prawdziwy trening z nie reżyserowanymi walkami. Jechaliśmy bardzo długo, szkoła znajduje się daleko za miastem. Kierowca wynajęty przez „agenta”, który dał mi namiar, błądził w ciemnościach po piaszczystych, wydartych dżungli drogach, wokół podmiejskich wiosek. I kiedy miał już zrezygnować (tubylcy nie byli chętni udzielać informacji na ten temat), odnalazł właściwą drogę. Zostawiłem sandały w aucie i pognałem do środka. Kalari oznacza świątynię, dalsza część nazwy trud i wysiłek. Uczniowie już się rozgrzewali. Na początku dzieci i kilkunastoletni chłopcy. Rozejrzałem się. Surowy, prostokątny ceglany budynek. Kilka świetlówek pod sufitem pozoruje jedynie różnicę między panującymi na zewnątrz ciemnościami. W kącie ołtarzyk z płonącym świętym ogniem, któremu kłaniają się wszyscy zaczynający trening zawodnicy. Na ścianach portrety mistrzów i biała broń. Dziesiątki włóczni, maczet, mieczy, toporów, trójzębów i innych narzędzi zbrodni. Mistrz wydał komendę i uczniowie zamaszystymi ruchami rozciągali ciała wysmarowane olejkiem z kokosa. Następnie dorośli, część z nich miała płócienne spodenki, inni tylko przepaski na biodrach. Rozgrzewka trwała ponad pół godziny i wreszcie zaczęło się. Kalarippayatu to najstarsza sztuka walki na świecie. Wszystkie chińskie, japońskie i koreańskie techniki wywodzą się właśnie stąd. Większość kopnięć i uderzeń opiera się na zwierzęcych ruchach, nie brakuje też dźwigni i rzutów, będących inspiracją dla japońskiego aikido. Mistrz pozwolił mi robić zdjęcia, pod warunkiem, że nie będę przeszkadzał ćwiczącym i uwijałem się nie gorzej od nich. Nie miałem dodatkowej lampy błyskowej, a baterie w aparacie były już ledwo ciepłe, stąd z braku światła musiałem podchodzić bardzo blisko walczących postaci. Patrząc na brązową klepiskową podłogę dostrzegłem czerwone i rude zacieki. Hektolitry potu wylewającego się tu od dziesiątek lub nawet setek lat z hartowanych ciał, stąd też ten ciężki zapach. Mistrz wydał kolejną komendę i na placu boju zostali najlepsi, wśród nich też młoda kobieta. Trening z bronią. Nauczyciel nadawał tempo, atakując szybkimi uderzeniami miecza i ćwiczący kolejno odbijali ciosy swoimi włóczniami. Na tapetę szły wszystkie rodzaje broni. Szybkie ataki mistrza i sprawdzian refleksu uczniów. Ciosy były tak szybkie i silne, do tego w dużej mierze improwizowane, że nie mogło być mowy o reżyserowanej pokazówce na mój użytek. Musiałem się odsunąć, gdyż z okiem w wizjerze aparatu nie nadążałem za poruszającymi się błyskawicznie postaciami, a dzidy i trójzęby śmigały mi koło głowy. Do tego baterie wysiadły. Cholera by je wzięła, akurat wtedy. Nagle słyszałem cichy okrzyk. Jeden z mężczyzn trzymał się za ramię, spomiędzy palców na podłogę leciały krople krwi. Mistrz przerwał trening i oglądał ramię rannego. Przecięcie było głębokie i kolejna porcja krwi malowała wzorki na podłodze. Nauczyciel wyprowadził go, a uczniowie wrócili do rozgrzewki. Jeden z ćwiczących wyjaśnił mi, że na szczęście nic takiego się nie stało, rana nie jest poważna i mistrz sobie z nią poradzi bez wzywania karetki. Po kilkunastu minutach obaj wrócili, ranny z zabandażowanym i pewnie zszytym ramieniem siadł na ławce, a mistrz upomniał sprawcę wypadku i resztę, aby byli ostrożniejsi. Koniec ćwiczeń z bronią na dziś i jeszcze kilkanaście minut walki wręcz. W końcu zlani potem ostatni raz ukłonili się mistrzowi i duchom świątyni. Wróciłem do samochodu.

 

Wodospad i z powrotem na północ...