Niedziela, 16 września,
dziś wyjeżdżam z Kovalam, gdzie spędziłem równo tydzień. Mam coraz więcej
wątpliwości co do dalszej trasy, miotam się między dalszą jazdą i
zaliczeniem jeszcze kilku zaplanowanych wcześniej miast, a jak najszybszym
powrotem, póki jeszcze granice są w pełni przejezdne. Na razie jadę do
Trivandrum (stolica Kerali), potem zobaczę, co dalej. W południe zwolniłem
pokój, właściciele hotelu nie robili mi żadnych problemów. Plecak w
schowku, a prysznic przed wyjazdem mogę wziąć w każdej chwili. Ostatnie
kilka godzin na plaży, ostatnia partia szachów z Mustafą, ostatni drink w
barze z Duncanem i jego lepszą połową, ostatni bajeczny zachód słońca nad
oceanem, prysznic i spóźniłem się na ostatni autobus. Wracając do hotelu
spotkałem Erica, znajomego Amerykanina z plaży. On także jedzie do Trivandrum,
za pół godziny przyjedzie po niego samochód. Zaprasza mnie też do swojego
apartamentu, który tam wynajmuje. Mam nadzieję, że ten jego hotel jest w miarę
tani, bo wypadałoby zapłacić połowę. Podjechał samochód, „ambasador”
z przyciemnianymi szybami, drzwi się otworzyły i wysiadł szofer w zielonej
liberii. Widząc moją głupią minę złapał za plecak i wpakował go do bagażnika.
Pytam Erica, skąd wynajął ten samochód. Firmowy z jego apartamentu. Hmm.
Pół godziny potem
byliśmy na miejscu. Kiedy wysiadłem z auta nogi wrosły mi w cztery litery.
Zatrzymaliśmy się przed budynkiem wyglądającym na pięciogwiazdkowy hotel.
Nie był to jak się okazało hotel w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz
luksusowe apartamenty wynajmowane na dłużej rozmaitym VIP - om i pracownikom
zagranicznych koncernów na kontraktach. W swoich szortach i podkoszulku, z
plecakiem wyglądałem chyba dziwnie na tle facetów z teczkami, w
garniturach. Szofer zaniósł plecak do pokoju, a Eric zapędził mnie do
restauracji. Na widok podanych tam w dolarach cen natychmiast straciłem apetyt,
ale Eric uspokoił mnie, że ma tu kredyt na kilkaset dolarów, a nie zamawiał
nic od tygodnia. Podeszło do nas kilku jego kumpli i gratulowali mi zaproszenia
przez „najbogatszego gościa” w tym przybytku. Najbogatszy? Szorty Erica składają
się z samych łat, a podkoszulek nosi ślady zębów dużego gryzonia. Eric
Mahedy, milioner w podartych jeansach. Apartament składa się z dwóch
sypialni, z których drzwi wiodą do luksusowych łazienek, dwóch salonów,
kuchni i jego pracowni. Wszedłem do środka, biurko i deska kreślarska, setki
rulonów papieru wypełnionych szkicami. Architekt. 32 lata i cztery
opatentowane projekty jachtów, kilka karoserii dla General Motors, kilkanaście
domów i szkiców kreskówek dla dzieci. Żona rozwiodła się z nim rok temu.
Powiedziała mu, że jest nieudacznikiem, zabrała córeczkę i mieszka w
Stanach, gdzie pracuje jako modelka. Pokazał mi zdjęcie blondynki, na widok
której wszystkie Britney Spears świata wpadłyby w kompleksy. Siedmioletnia
córka jest już miniaturką mamy. Nieudacznik. Hmm. Od razu poczułem się
lepiej. W mojej sypialni jest wszystko, komputer ze stałym łączem i telewizor
z ponad setką kanałów. Klimatyzacja regulowana co do stopnia. Rozpieszczę się
tu.
Rano wybrałem się
obejrzeć Trivandrum. Połączenie typowej południowej sennej atmosfery z
chaosem wielkiego miasta. Stolica Kerali, najpiękniejszego i najbogatszego
stanu w Indiach. Obleciałem kilka biur informacji turystycznej i mam z grubsza
opracowany plan dalszej trasy. Wróciłem do „hotelu”. Eric przyjechał już
z pracy i siedział w salonie w
towarzystwie
hinduskiej piękności. Niby mamy oddzielne sypialnie, ale nie powinienem mu
siedzieć na głowie dłużej, niż trzeba. Przekonywał mnie, abym został dłużej
i że moja obecność wcale go nie krępuje, ale zdecydowałem się wyjechać.
Gdzieś tam w okolicach Pakistanu niedługo zacznie się wojna i każdy dzień
jest na wagę złota. Podziękowałem mu za pomoc, gościnę i zegarek. Swój
straciłem w falach oceanu w Kovalam. Jego szofer zawiózł mnie na dworzec
autobusowy i o 20-tej z minutami wsiadłem w autobus za 22 Rs, do Quilon.
Przed północą byłem na miejscu. Wybrałem pierwszy lepszy napotkany hotel
„Shine” - 150 Rs, dwójka z łazienką.