Plaże w Kovalam oddzielone są od siebie skalnymi klifami wysuniętymi głęboko w morze i aby przejść z jednej na drugą, trzeba schodami wejść na deptak. Po przejściu nim jakiegoś kilometra, można wyjść na absolutnie dzikie plaże, już bez skał uniemożliwiających dalekie piesze wędrówki brzegiem morza. To także okazja dla wszystkich uciekających od przyhotelowego zgiełku. Jestem lekko rozczarowany, gdyż piasek jest szary, ale to wina pory monsunowej, która potrwa jeszcze ze trzy tygodnie. Na szczęście woda jest już błękitna i krystalicznie czysta. Wszyscy napotkani na plaży biali i Hindusi zapewniają mnie, że piasek jest czystszy z dnia na dzień. Hotele stoją na samym brzegu morza, oddzielone od plaży betonowym chodnikiem. Przed każdym hotelem wysunięta i osłonięta przed słońcem bambusowymi zadaszeniami restauracja. W wejściach powciskanych między nie sklepów turyści grają w szachy z właścicielami, a wszystko to przykryte zielonymi pióropuszami palm. No cóż, o tej porze roku piasek wszędzie będzie jeszcze szary, poza tym fajnie tu, kilku napotkanych po drodze gości już zaprosiło mnie na drinka. Wybrałem Palm Beach Hotel, 150 Rs, za noc, olbrzymi elegancki pokój z balkonem lub raczej tarasem i piękną łazienką w kafelkach. Zapłaciłem za tydzień z góry i z książki meldunkowej dowiedziałem się, że jest niedziela 9 września. Trzeba zostawić to pisanie na jakiś czas, jak odpoczynek to odpoczynek.

11 września (wtorek), coś strasznego stało się w Stanach Zjednoczonych. Po południu, kiedy wróciłem z plaży, całą grupką poszliśmy do kolejnej restauracji (co dzień łazimy do innej) napić się czegoś, pogadać i pograć w szachy lub bilard. Duncan, jego dziewczyna Mopa (dziwne imię, nigdy wcześniej takiego nie słyszałem) i Martin to Anglicy, do tego Eric i jeszcze paru Amerykanów, kilku Japończyków i Japonek, Niemców. Rozgrywaliśmy właśnie turniej szachowy z udziałem kilku miejscowych Hindusów i wypiliśmy po kilka wygranych od siebie piw, lub raczej „Kingfisherów” - obrzydlistwo, ale w Indiach nie ma innego. Zawieszony nad barem telewizor nastawiony na BBC nikogo nie obchodził, dźwięk wyciszony do zera, aby nie zakłócać Micka Jaggera wylewającego się z głośników na palmach stanowiących wsporniki bambusowego daszku. Pamiętam, że kilka razy obojętnym wzrokiem znad kufla i szachownicy mimochodem zerkałem na płonące drapacze chmur, podobnie jak inni zajęci swoimi sprawami goście. Pewnie reklama jakiejś nowej produkcji made in Hollywood. Kogo to tu obchodzi? Rozeszlibyśmy się pewnie w nieświadomości, gdyby nie stojący najbliżej ekranu barman. Nagle Mick Jagger gwałtownie zamilknął i usłyszeliśmy przerażony okrzyk spod baru - „attention, please”. Oczywiście Amerykanie pierwsi pojęli o co chodzi. Kilku z niedowierzaniem zawyło z rozpaczy, po chwili wszyscy tłoczyliśmy się wokół telewizora. Na przemian BBC i CNN. Dwa samoloty uderzyły w budynki World Trade Center w NY, tysiące zabitych i rannych, relacjonujący komentator wykluczał zwykły wypadek. Ledwie ochłonęliśmy kilka minut, na ekranie pojawił się kolejny horror – jeszcze jeden samolot roztrzaskał się o Pentagon i kolejne tysiące zabitych. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, bo amerykański dziennikarz nadawał jak katarynka, ale podobno był też jakiś czwarty rozwalony samolot. Amerykanie wpadli w histerię. Jedna z amerykanek, która w Nowym Yorku zostawiła rodzinę, zemdlała. Cholera, co tam się dzieje, to już wygląda na jakąś wojnę. Dochodziła północ, ale nikt nie zamierzał kłaść się spać. Powoli dowiadywaliśmy się więcej, pasażerskie samoloty były porwane i z premedytacją użyte jako „żywe torpedy”. Kto to zrobił? Amerykanie i Anglicy, którzy rozumieli każde słowo przekazali mi, że choć komentator nie mówił tego wprost, ale wygląda to na robotę arabskich terrorystów. A więc chodzi o Izrael, ale przecież ten konflikt trwa już ponad pięćdziesiąt lat, co takiego raptem się stało, że doszło do takiej eskalacji? Kolejne kilka godzin gapiliśmy się w telewizor, te same zdjęcia eksplodujących samolotów przetykane posępną miną prezydenta Busha. Poszedłem spać o czwartej nad ranem, Amerykanie zostali w barze, otępiali i zdezorientowani siedzieli przy stołach, budząc się na każde kolejne wiadomości. W pokoju walka z moskitami, tłukłem je pół godziny bez przerwy, ale reprodukują się w rekordowym tempie. Ile wynosi cykl rozrodczy komara? 10 sekund, 15? Zajrzałem do szafy i w dolnej szufladzie znalazłem moskitierę. 10 minut później leżałem bezpieczny za różową siatką zaczepioną na haku w suficie i podłożoną pod materac mojego ogromnego łóżka. Jest tak wielkie, że mogę spać na nim w każdym kierunku, mając i tak metr luzu między głową i nogami, a brzegiem materaca. Kilkadziesiąt moskitów siedzi teraz na zewnątrz siatki, patrzą na mnie z nienawiścią i zgrzytają zębami.

Rano wyszedłem na śniadanie. Żadna restauracja nie zabawiała gości muzyką, wszędzie słychać było telewizory nastawione na CNN. Mijając kantor wrosłem w ziemię. Cena dolara z 46 - 47 Rs spadła do 30 Rs. W panice zajrzałem do portfela - 600 Rs, dobrze, że zapłaciłem za hotel z góry. Kilku Amerykanów rezerwowało bilety do Stanów. Idę na plażę, mnie ta tragedia nie dotyczy, ale popsuło mi to humor, podobnie jak innym gościom. Jeżeli teraz wieczory zamiast przy bilardzie, szachach i piwie będziemy spędzać gapiąc się w ekran telewizora, to już koniec odpoczynku. A co będzie z dolarem? Przeliczyłem właśnie kasę i wyszło mi, że jeżeli taki kurs ma się utrzymać, to zaraz po wyjeździe stąd muszę się ewakuować.

Kolejny dzień, życie powoli wraca do normy. Kto miał wyjechać ten wyjechał, ci co zostali bawią się dalej. Telewizory z powrotem nadają bez fonii, a w barach słychać pop i rocka. Powoli popadam w rutynę. Rankiem śniadanie w hotelu przy stoliku z widokiem na ocean, potem kilka godzin na plaży, czasem ze znajomymi z hotelu, czasem samotnie wypuszczam się kilka kilometrów na dzikie plaże, gdzie piasek jest już idealnie biały. Na jednej z takich plaż stoi meczet. Wygląda na lekko zdewastowany i opuszczony, ale niedaleko wokół wchodzących w ocean skał gromadzą się grupki muzułmańskich mężczyzn i kobiet. Wokół skał pakistańskie flagi!!! W Indiach!!! Na północy, na wzmiankę o Pakistanie Hindusi zgrzytają zębami, ale tutaj na południu ludzie najwyraźniej nie lubią polityki i jej szaleństw. Zresztą po co psuć sobie atmosferę? Słońce, ocean i turyści zapewniający w miarę dostatnie życie. Wokół meczetu i ubranych od stóp do głów pakistańskich kobiet, przechadzają się białe dziewczyny w bikini. Niesamowite... Potem powrót do hotelu i partia szachów z Mustafą (właściciel sklepu niedaleko mojego hotelu - muzułmanin z Kaszmiru) lub z którymś z jego przyjaciół z innych sklepów, potem obiad, najczęściej w towarzystwie Duncana i Mopy - mamy tę samą ulubioną restaurację „Coco nut”, gdzie podają najlepsze frytki w Kovalam. Ogromne porcje i solidne „fingerchips” smażone z taką ilością przypraw, że prawie pomarańczowe. Potem spacer pasażem i kolacja w jakiejś przypadkowej restauracji, gdzie akurat spotka się kogoś znajomego. W moim hotelu, drzwi naprzeciwko mnie mieszkają dwie młode Japonki. Często spotykamy się przy śniadaniu lub na plaży. Nie mają u siebie moskitiery, są całe w bąblach i grożą mi krucjatą na mój pokój. Nie potrafię wymówić prawidłowo ich imion, i nazywam je Number One i Number Two. Bardzo je to śmieszy, teraz też chichoczą patrząc jak piszę. Mamy iść do latarni morskiej i dają mi znak żebym się zbierał...

Kolejny dzień. Uwielbiam ananasy. Soczyste i dojrzałe, w Polsce jadłem kilka razy małe, zielone, niedojrzałe i cierpkie skorupy. Dopiero teraz doceniam ich smak. Każdego dnia na plaży, znajoma Hinduska, jedna z dziesiątek sprzedawczyń owoców z koszem na głowie, przynosi mi spory egzemplarz, wprawnymi ruchami maczety nie dotykając owocu palcami obiera go i podaje mi na tacce gotowy do jedzenia - 20 Rs. Jak zwykle nie zdarza mi się dojeść całego do końca, Duncan, Mopa, Eric lub oba moje „japońskie numery” zeżrą mi połowę. Cholera nie mogą sobie kupić, nie stać ich na ananasa? Ale prawdziwą ceremonią kulinarną jest dopiero kolacja. Przed każdą restauracją na stołach leżą świeże ryby o niesamowitych kształtach i kolorach, widywane dotąd tylko w telewizji. Do tego kalmary, ośmiornice i inne barakudy. Żaden restaurator nie przepuści spacerującemu gościowi i mijając kolejne knajpy słyszę judzące głosy „80 Rs, full dinner, OK sir - 75 Rs! Only for You! Go please!” To ceny wywoławcze za kolację z ryby, kalmary i inne wynalazki zaczynają się od 100 Rs. Do tego porcja ryżu lub makaronu i kilka rodzajów sałatek. Można się umówić i jeżeli będziesz jadł przez cały pobyt w jednej restauracji możesz dostać 10% zniżki. Jestem już doświadczonym misiem i licytuję do upadłego, nie schodzę powyżej 70 Rs za rybę i 85 za kalmara. Czasami ryby są tak duże, że zamawiamy jedną porcje na dwie osoby i wystarcza na styk.

Wieczorem słuchaliśmy przemówienia prezydenta Busha. Zakomunikował, że wywiad już ustalił, kto dokonał tej masakry i winni zostaną surowo ukarani. Ameryka otrzymała potężny cios, ale nie nokaut i teraz przyjdzie czas poniesienia konsekwencji dla sprawców tej zbrodni. Razem z Amerykanami i Anglikami brawami nagrodziłem jego wystąpienie. Sprawiał wrażenie człowieka, który wie co mówi, i co ma robić. Jedno mnie tylko niepokoi, w przemówieniu padła nazwa państwa Afganistan. Afganistan, Pakistan to nie tak daleko, ciepło, ciepło, gorąco... Którędy będę w razie czego wracał? Cholera.

Są już pierwsze pozytywne efekty wczorajszego orędzia Busha do narodu. Po jego zapowiedzi podjęcia przez armię Stanów Zjednoczonych zdecydowanych działań przeciwko terrorystom i obietnicy szybkiej odbudowy zniszczeń, cena dolara w ciągu nocy skoczyła do ... 49 Rs! O dwie rupie wyżej, niż przed katastrofą. Na wszelki wypadek od razu wymieniłem 100$. Głowa mi pęka, bo wczoraj, po wysłuchaniu Busha całą noc żegnałem się z Japonkami i wypiliśmy po kilka „Kingfisherów” i innych drinków. Teraz mam kaca przypiekanego 40 stopniowym upałem. Odprowadziłem je do autobusu i wracam spać do hotelu, boję się, że to nie tylko kac, ale może i udar. Brrr.

Sobota, jutro wyjeżdżam z tego raju na ziemi. Może by jeszcze zostać ze dwa dni? Czy ewentualna wojna obejmie Pakistan? Hmm.

 

Do Trivandrum tylko z milionerami...