Późnym wieczorem jestem na miejscu. Z głównej szosy, gdzie wyrzuca pasażerów autobus, schodzi się w dół do miasteczka. Kannyakumari to najdalej na południe wysunięty punkt Indii. Wierzchołek odwróconego trójkąta, dalej jest już tylko ocean. Kataplazmy pomagają i palec boli mnie coraz mniej, ale nie chcę forsować nogi i pozwalam się naganiaczowi prowadzić do hotelu „DKV Lodge”. Duży dwuosobowy pokój z łazienką, tarasem (!) i widokiem na latarnię morską - 125 Rs. Po kolacji (miseczka zupy i olbrzymi półmisek biryanii - 50 Rs) krótki spacer wiodącym nad ocean deptakiem. Setki sklepów z pamiątkami dla turystów i ani jednej bladej twarzy. Hmm. Wróciłem do hotelu i staram się zasnąć w pokoju „skanowanym” co kilka sekund światłem latarni morskiej. Przez otwarte drzwi tarasu słychać fale oceanu rozbijające się głośno o kamieniste wybrzeże i tylko szarże moskitów psują sielankę. Z tymi komarami to tutaj prawdziwa tragedia, są ich setki, leżę okręcony dwoma prześcieradłami, a mimo to bestie kpią sobie ze mnie prosto w uszy… bzzz… bzzz... bzzzz...

Rankiem wycieczka na znajdującą się kilkaset metrów od brzegu skalistą wysepkę. Na jednej z nich świątynia, kilkadziesiąt metrów dalej druga, jeszcze mniejsza wysepka z gigantyczną statuą. Sama świątynia nie jest zbyt porywająca, ani architektonicznie, ani pod względem wystroju wnętrza, ale zarówno z łodzi, jak i z wyspy rozciąga się wspaniała panorama Kannyakumari i tutejszego wybrzeża. Po powrocie na stały ląd poszedłem do świątyni na plaży, ale rozczarowanie, zamknięta. W pewnym momencie staję jak wryty, na piasku siedzi kobieta z potwornie zdeformowaną nogą. To właściwie już nie noga, ale jakiś monstrualnie rozrośnięty bezkształtny kawał ciała (jak później sprawdziłem, ta choroba nosi nazwę „słoniowacizna”). Jeszcze trzy godziny włóczenia się nadmorskim deptakiem i „na urlop”, do pobliskiego Kovalam Beach.

Autobus za 32Rs odchodzi o 14-tej, mimo że to zaledwie 50 km, na miejscu będziemy po 17-tej. Oprócz standardowego kluczenia, autobus do Kovalam jedzie przez stolicę stanu Kerala, Trivandrum, leżącego 30 km. za... Kovalam. Mimo to nie zatrzymuje się tam. Bardzo sprytne. Kilka dni zastanawiałem się, którą plażę wybrać, w końcu za radą przewodnika i spotykanych wcześniej innych turystów i podróżników zdecydowałem się wybierać między Goa, Kovalam lub Varkala. Goa najmniej mi pasuje, nie za bardzo leży po trasie mojej dalszej podróży, poza tym podobno strasznie dużo tam „niebieskich ptaków” i pokręconych wyznawców hippisowskiej religii. Po za tym drogo, szastający tam kasą bogaci turyści zawyżają ceny i „rozpuszczają” restauratorów i hotelarzy. Kovalam i Varkala leżą niedaleko stąd i bez zbaczania mogę trzymać się planu. Dowiedziałem się, że Kovalam to ulubiony kurort hinduskiej klasy średniej, mimo to nie ma tam takiego tłoku jak na Goa, przez co goście traktowani są dużo lepiej. A więc klamka zapadła. Jeżeli mi się tam nie spodoba, to 50 km dalej jest Varkala.

Pod wieczór jestem na miejscu. Pierwszy raz jadąc autobusem nie odczuwałem zniecierpliwienia. Południowe Indie są naprawdę piękne, gapiłem się przez okno na palmowe gaje, skały porośnięte tropikalnymi lasami, rozlewiska rzek i kanałów, malownicze kolorowe wioski. Tak, tu czas naprawdę stoi w miejscu, każdy dzień wygląda tak samo, od setek lat o świcie kobiety usypują na ziemi przed domami, pstrokate „dywany” z kolorowej barwionej mąki, roznoszone potem przez włóczące się leniwie krowy i biegające dzieci. Gdzieniegdzie widać mężczyznę lub chłopca poganiającego słonia, ścieżkami leniwie drepczą kobiety w sari z olbrzymimi dzbanami lub koszami na głowach. Mijamy dużo kościołów i meczetów. Świątynie katolickie to widok oczywisty, najwięcej jest ich właśnie tu, na południu, pamiątka po czasach kolonialnych. Przybywający tu statkami Brytyjczycy, Francuzi, Portugalczycy i Holendrzy nie zapuszczali się na początku zbyt daleko w głąb kraju. Bezpieczniej było wznosić forty i misje blisko morza, niż przebijać się przez nieprzyjazną dżunglę pełną dzikich zwierząt i groźnych chorób. Stąd najwięcej katolików żyje w południowych stanach, ale skąd tu tylu muzułmanów? Prawdopodobnie docierały tu także statki kupców z półwyspu arabskiego i portów południowego Pakistanu. Tutejsze meczety są inne, niż te wielkie i monumentalne na północy Indii, bliżej granicy z Pakistanem. Małe, skromne z jednym tylko minaretem, czasami nawet bez charakterystycznych dla tej architektury kopuł. Po wyjściu z autobusu, schodami zszedłem w kierunku nadmorskiego pasażu, handlarze w drzwiach swoich sklepów kłaniają mi się w pas, ale nie są nachalni. Są mądrzejsi, niż ich koledzy z północy, widzą, że idę zmęczony z ciężkim plecakiem i wolą nie zrażać sobie potencjalnego klienta uciążliwym stręczycielstwem. Na deptaku spotykam gromadkę młodych Anglików, witają mnie z daleka i po kilku minutach rozmowy wiem już, że najlepiej zatrzymać się na Lighthouse Beach.

 

Kovalam - raj na ziemi i terroryści