Rano za radą
recepcjonisty rezygnuję z rikszy i lokalnym autobusem za 4 Rs. jadę trzy
kilometry na dworzec, skąd odchodzą autokary do Madurai - 40 Rs. Odjeżdżamy
punktualnie o 11-tej i znowu rozkładam się wygodnie na honorowym miejscu za
przednią szybą. Czuję się wspa
niale,
wiatr we włosach, za oknami po jednej stronie las palmowy, po drugiej na
horyzoncie postrzępione szczyty gór. Jak zwykle nadrabiamy połowę drogi,
klucząc po okolicznych wsiach i na miejsce dojeżdżam około 17-tej. Od razu
idę na dworzec kolejowy, kupić bilety do Kannyakumari. Jazda lokalnymi, państwowymi
autobusami na krótkich odcinkach nie jest specjalnie męcząca, ale ta technika
„dwa do przodu, trzy do tyłu” bywa
denerwująca
i szkoda czasu. Niestety, nie ma już wolnych miejscówek i musiałbym czekać
dwa dni, po za tym pociąg odjeżdża o północy i jedzie nadspodziewanie długo.
Zatrzymuję się w hotelu „Ruby Lodge” - 80 Rs. dwójka z prysznicem. Co
drugi mieszkaniec Madurai jest krawcem. Takie w każdym razie odnoszę wrażenie,
po ilości otrzymywanych na ulicach propozycji uszycia garnituru, koszuli i
innej garderoby. Zapada zmrok i idę obejrzeć świątynie.
Przeżyłem. Siedzę
w restauracji przy hotelu popijając colę i jeszcze lekko trzęsą mi się ręce.
Olbrzymi kompleks świątyń z XIVw. mieści się w środku miasta, otoczony
murem z czterema bramami. Mimo tego, że zapadał zmrok widok był niesamowity.
Ściany świątyń pokryte są tysiącami rzeźbionych figurek, pomalowanych na
kiczowato - krzykliwe kolory,
dobierane
bez jakiejkolwiek logiki, w każdym razie zrozumiałej dla mnie. Będzie mały
problem ze zdjęciami, gdyż bramy świątyń są olbrzymie, a zabudowa miasta
bardzo ciasna i może „rybim okiem” dałoby się objąć całość, od ziemi
do zwieńczonych
zębatymi
paszczami kopuł. Minąłem bramę i usłyszałem muzykę. Na dziedzińcu na
niewielkiej scenie konce
rt
miejscowego „haevy metalu”. Niewiarygodnie ostry wokal starszego Hindusa łagodzony
kobiecym chórkiem. Były to z pewnością pieśni o tematyce religijnej lub
pradawne gawędy przekazywane od stuleci, ale image wokalisty bardziej kojarzył
mi się z gwiazdą rockowego showbiznesu, niż ascezą mnicha. Bez większego
zmuszania się wytrwałem do końca koncertu i wszedłem do największej świątyni
z salą „tysiąca filarów”. Minąłem odkryty basen, służący do
rytualnych ablucji, i zagłębiłem się w fascynujący świat stworzony z
gigantycznych kilkutonowych
bloków skalnych, misternie rzeźbionych, pokrytych tysiącami figur hind
uskich
bogów. Wewnątrz, kamienne ściany pokryte są sadzą i upływającym czasem.
Jak zw
ykle,
dla turystów dostępna jest tylko część świątyni i potężnie zbudowany
Hindus zatrzymał mnie przy wejściu do jednej z komnat. Widząc aparat w moim ręku
zwrócił mi uwagę, że robienie zdjęć wewnątrz jest zabronione. Po co w
takim razie wykupiłem „bilet fotograficzny” za 35 Rs? Wyjaśnił mi, że
zdjęcia mogę robić na dziedzińcu, ale nie w głębi „sacrum”. Hmm. Świątynia
jest olbrzymia i chodząc rozległymi korytarzami i komnatami bardzo łatwo się
zgubić. 
Po prawie
czterdziestu minutach kręcenia się korytarzami dotarłem ponownie do zastrzeżonej
części świątyni. Tym razem jednak wejście było puste, ani śladu potężnego
mnicha. Może ukrył się za murem, żeby zaskoczyć jakiegoś niesfornego
turystę? Podszedłem bliżej i zajrzałem do środka. Ciemno,
docierały tam już tylko resztki światła jarzeniówek,
powciskanych
w szczeliny kamiennych ścian i stropów. Nie było nikogo i wszedłem dalej do
rozległej sali. Nie różniła się wiele od innych, może tylko tym, że było
bardzo cicho, w przeciwieństwie do spacerowego gwaru pozostałych korytarzy. O
użyciu lampy nie było mowy, oparłem aparat na skalnej półce i aby nie
poruszyć nim podczas zwalniania migawki, ustawiłem samowyzwalacz. Spust jest
co prawda elektroniczny, ale z tymi zdjęciami na otwartej migawce nigdy nic nie
wiadomo i lepiej robić to zdalnie. Wtedy wydarzyło się nieszczęście.
Zapomniałem, że kilka sekund po „prztyknięciu” rozlega się ostrzegawczy
pisk odlic
zający
czas do zdjęcia. W panującej tu kamiennej ciszy, było to gorsze, niż
najbardziej tandetny sygnał „komórki”. Natychmiast wszyscy zaczęli się
rozglądać dookoła, chwilę potem zapaliły się wszystkie światła i zza
muru wypadły pierwsze sylwetki Hindusów. Pierwsza z nich wskazała heretyka
„nieubłaganym palcem” i w tym momencie... rozległ się trzask migawki. Na
ucieczkę było już jednak za późno, zaprowadzili mnie przed oblicze jednego
z kapłanów i rozpoczęła się burzliwa narada, co ze mną zrobić. Kilku
Hindusów od razu próbowało skoczyć do mnie z rękami, co było o tyle
dziwne, że Hindusi są raczej „tchórzami” zwłaszcza, jeżeli chodzi o
konflikty z białymi. Pewnie to jakaś pozostałość po czasach kolonialnych,
oni mają straszny kompleks Anglików, boją się ich jak ognia, nawet bezczelni
i zaprawieni w swoim rzemiośle naganiacze nie pozwolą sobie z nimi na
sztuczki, jakich dopuszczają się na innych turystach. Jeden z najbliżej stojących
wyrwał mi aparat i wykonał nim niedwuznaczny gest obrazujący roztrzaskiwanie
się mojego Canona o granitową ścianę. Na szczęście
kapłan zachowywał się już bardziej powściągliwie, podszedłem do niego i
ostrzegłem, że jeżeli poniosę jakikolwiek uszczerbek na zdrowiu, majątku
lub honorze, to może być pewien zdecydowanej interwencji ambasady. Oczywiście
blefowałem, wieloletnia obserwacja poczynań naszych dotychczasowych rządów
dostatecznie upewniła mnie, że nie są one zdolne do prowadzenia „polityki
kanonierek”, ale w końcu on (kapłan) powinien raczej pamiętać coś z
historii Wielkiej Brytanii. Rozsądek zwyciężył i kapłan odizolował mnie od
grupki najbardziej zapalczywych. Powiedział tylko, że musi zniszczyć kliszę,
wziął aparat i otworzył, przykładając go do najbliższej lampy. Pewnie
widział to na filmach. Nie wiedział jednak, że Canony przewijają film na
początku, zaraz po załadowaniu rolki i naświetlić w ten sposób można tylko
pustą jeszcze taśmę, zaś zrobione zdjęcia są bezpieczne w kasecie.
Ciekawe, co na nich będzie? Zaraz potem wyprowadzili mnie z tej sali, a kapłan
uprzejmie życzył mi miłego zwiedzania niezastrzeżonej części świątyni.
Ufff. Byłem tak zdenerwowany tym całym cyrkiem, że wracając ze świątyni
zgubiłem się. Na nieszczęście nie zabrałem przewodnika i bez mapki miasta,
kręcąc się w
kółko, dopiero po dwóch godzinach dotarłem do hotelu. Nie był to też
ostatni tego dnia kopniak szczęścia w tyłek. Zaraz przy hotelu, szarżująca
na zakręcie riksza najechała mi na nogę. Mimo porażającego bólu pobiegłem
za nią, ale łobuz musiał się zorientować, co zrobił i nie zaryzykował
konfrontacji. Dodał gazu i zniknął mi w tłumie. Boli jak cholera, ale
podobno bez paznokcia w palcu u nogi też można żyć. Jakaś kara boska za
sprofanowanie świątyni? Tfu, a kysz. Dobra, koniec mądrzenia się i spać,
zanim znów coś się wydarzy.
Ranek pod znakiem medycyny niekonwencjonalnej, plaster i kataplazmy z zakupionej w miejscowej „aptece” maści. Na szczęście opuchlizna zeszła i mogę jako - tako chodzić. W drodze do świątyni odbieram zamówione wczoraj, szyte na miarę jedwabne koszule. Materiał i robocizna - 200 Rs od sztuki. Negocjacje zaczynałem od 250 Rs, ale takich wypadkach najlepszym sposobem zbicia ceny jest obojętne oddalenie się. Jak zwykle w okolicach świątyni tłum cwaniaczków i hochsztaplerów. Pisałem już, że z uwagi na ciasną zabudowę, trudno tu zrobić dobre zdjęcie. Naganiacze proponują więc „tarasy widokowe”, na ogół bezwartościowe, za to mieszczące się w jakimś sklepie lub zakładzie krawieckim. Po wczorajszym incydencie z rikszarzem, mój stosunek do Hindusów jest „narodowosocjalistyczny” i odganiam ich nie szczędząc epitetów. W ostrym, słonecznym świetle kolory świątyni „wrzeszczą” jeszcze głośniej. Nie ma tu za dużo zieleni, kilka palm i drzew liściastych, mimo tego kontrast jest porażający. Po południu autobus do Kannyakumari - 50 Rs.
Tym razem poniosłem klęskę. Szofer był nieubłagany i nie pozwolił mi zająć mojego ulubionego miejsca za przednią szybą. A szkoda, bo przyzwyczaiłem się już do wyczynów hinduskich kierowców, a siedzenie z kolanami pod brodą (wypchniętymi tam przez wciśnięty między siedzenia z najwyższym trudem plecak) nie nastraja mnie zbyt optymistycznie. Nawet bajeczne widoki za oknami nie cieszą mnie tak, jak powinny. Mijamy małe miasteczka, kolorowe i co najdziwniejsze czyste, oczywiście jak na indyjskie standardy. Najszybciej wpada w oko bogactwo sklepów, nawet z okien autobusu widać wylewające się stamtąd tony towarów. I nie chodzi tu bynajmniej o sklepy z pamiątkami dla turystów, tekstylia, dywany, rzeźby i inne pamiątki na ogół niepotrzebne przeciętnemu Hindusowi. Setki sklepów z elektroniką, towarami przemysłowymi, salony samochodowe, i to wszystko w małych mieścinach. Południe cywilizacyjnie stoi 50 lat wyżej od północy. Do tego ta nieokrzesana, bujna tropikalna roślinność. Staram się przypomnieć sobie, kiedy ostatnio widziałem „białego”. Pamiętam grupę japońskich turystów w Tanjavour, ale to się nie liczy, bo Japończycy są wszędzie jak powietrze, po za tym nie są biali. Było tam też co prawda czterech, czy pięciu Amerykanów, ale im dalej zapuszczam się na południe, tym mniej spotykam turystów z zachodu. Trudno mi to zrozumieć, gdyż tyle tu pięknych miejsc, starożytnych tajemniczych świątyń, no i przecież ocean, kilkaset kilometrów wspaniałych plaż wokół. Czy to z obawy przed malarią, czy zwykłe poczciwe lenistwo?
Kannyakumari, czyli dalej już nie można...