Przekroczenie kolejnej granicy (bułgarsko – tureckiej) tym razem nie poszło gładko. Kierowca tureckiego autokaru nie zamierzał rezygnować z okazji do zrobienia dobrego interesu, jaki oferuje różnica między ceną papierosów i alkoholi po obu stronach granicy. Podczas kiedy celnicy zajmowali się oględzinami autokaru, pasażerowie z kierowcą na czele rozpełzli się po sklepach wolnocłowych. Przejście graniczne jest tam dosyć okazałe, strona bułgarska oddalona jest od tureckiej o dobre 200 metrów na przestrzeni których, rzędy kolorowych sklepów pozwalają przynajmniej zaczepić na czymś wzrok w oczekiwaniu na zakończenie formalności. Po wykupieniu miesięcznych wiz za 10$ wróciliśmy do autobusu. Kierowca po powrocie z zakupów wręczył każdemu z pasażerów czarną plastikową reklamówkę wypchaną, aż do ostatniego dozwolonego grama, papierosami i butelkami. Była to chyba propozycja nie do odrzucenia, gdyż kierowca nie przyjmował do wiadomości odmowy pomocy w przewiezieniu towaru i kiedy mu powiedziałem, że nie zamierzam za friko pracować w jego biznesie, machnął tylko ręką i wcisnął mi i Magdzie regulaminową reklamówkę udając, że nie wie, o co chodzi. Gdybym sam chciał zrobić jakieś zakupy, pewnie nie obyłoby się bez draki, gdyż celnicy nadzwyczaj drobiazgowo kontrolowali nasze bagaże. Nie było to jednak zwykłe popisywanie się swoją władzą, tak jak na przejściu ukraińsko –  rumuńskim. Ustawili nas w rzędzie wzdłuż betonowego stołu i kazali rozpakować wszystkie bagaże, po czym przeglądali je z dosyć dużym zainteresowaniem. Obserwując jak celnicy przeszukują nasze plecaki, rozmawialiśmy z innymi pasażerami. Generalnie już w tych okolicach każdy biały turysta staje się obiektem zainteresowania współpasażerów, rekrutujących się zazwyczaj z krajów leżących na trasie przejazdu autobusu. Zaczepił nas młody facet około czterdziestki i kiedy wyjawiliśmy mu cel naszej podróży, wybuchnął śmiechem i przez pierwszych kilka minut nie chciał nam uwierzyć. Dopiero, kiedy pokazaliśmy mu nasze paszporty z wbitymi pieczątkami ambasad, przestał się śmiać, ale ciągle nie mógł się nadziwić, że komuś chce się jechać tak daleko i to w takich warunkach, lądem. Przedstawił się nam jako biznesmen pracujący w Rumunii i powiedział, że zaimponowaliśmy mu naszą fantazją, wobec tego zaprasza nas do swojego domu w Stambule. Dużo słyszeliśmy o tureckiej gościnności, z drugiej strony przewodniki pełne są ostrzeżeń i opowiadań o naiwnych turystach, którzy dali się namówić na „gościnę”, po czym poczęstowani zatrutymi przysmakami budzili się bez pieniędzy i bagażu. Potraktowaliśmy to jako uprzejmość i nie zawracaliśmy sobie tym głowy. 

Stambuł powitał nas w niedzielę o szóstej rano. To olbrzymie miasto wynurzające się z porannej mgły naprawdę robi wrażenie. Podczas całej podróży z Bukaresztu mijaliśmy jedynie małe miejscowości i dopiero teraz zobaczyłem kontrast pomiędzy zachodnią mimo wszystko architekturą Bukaresztu, a błyszczącymi kopułami meczetów, otoczonych wieżami minaretów. A wszystko to wciśnięte między chaotyczną zabudowę typową dla metropolii orientu. 

Nie miałem planu miasta, aby sprawdzić, gdzie zakończył swoją trasę autokar, i jak daleko stamtąd do Sultanahmed (dzielnica z najpiękniejszymi meczetami i tysiącem tanich hoteli), nie miało to jednak znaczenia, gdyż podszedł do nas ów poznany na granicy Turek i ponowił zaproszenie do swojego domu. Spojrzeliśmy z Magdą po sobie zakłopotani, byliśmy wykończeni, brudni i głodni, a Turek obiecywał prysznic i posiłek u siebie w domu oraz pomoc w zwiedzaniu miasta. Ulegliśmy jego namowom i chwilę potem siedzieliśmy w zatrzymanej przez niego taksówce. Po piętnastu minutach dotarliśmy na miejsce, boczna uliczka o niskiej zabudowie. Turek wskazał dumnie na dwupiętrowy sześcian o białych ścianach i powiedział, że to jest właśnie jego dom, a wejście znajduje się na tyłach. Tymczasem kierowca poinformował, że należy się 10$. Byliśmy tak zmęczeni, że nie chciało nam się targować, tym bardziej, że i tak należało to zrobić przed wejściem do taksówki, a adres podawał przecież nasz gospodarz. Ponieważ Turek nie kwapił się z uiszczeniem zapłaty, ani nawet pokryciem części rachunku (widocznie jego gościna nie obejmowała dojazdu na miejsce) wyjąłem żądaną kwotę i wręczyłem kierowcy. Ledwo zatrzasnęły się drzwi samochodu usłyszałem rozpaczliwy krzyk Magdy – mój paszport, nie mam paszportu! Rzuciliśmy się do taksówki, kierowca chyba zorientował się, że coś jest nie tak i zatrzymał samochód. Obszukaliśmy siedzenia i podręczny plecak Magdy, ale im bardziej szukaliśmy, tym bardziej tam paszportu nie było. Cholera, to ciągłe przekładanie dokumentów podczas przekraczania granic musiało się tak skończyć. Autokar! Magda była pewna, że tam trzymała paszport w ręku po raz ostatni. Wskoczyła z Turkiem do taksówki, zapiszczały koła i zostałem sam z plecakiem na ramionach, i plecakiem Magdy u stóp. Piękny początek. Turek powiedział, że na tyłach domu jest altana i żebym tam zaczekał. Wziąłem plecak Magdy i ruszyłem przez zapuszczone podwórko w kierunku altany, która okazała się raczej daszkiem z powierzchownie ciosanych bali, przyciśniętym do gęstego żywopłotu. Wokół porozrzucane w nieładzie sprzęty, jakieś taczki, wózki, beczki, pompa z wężem. Westchnąłem i z ulgą zrzuciłem plecak z ramion. Co dalej? „Tak pięknie miało być - wywiady miały być, wizyty w zakładach pracy. No o co w tym wszystkim chodzi?”. Podstęp, czy przypadek? Ktoś podwędził jej paszport, żeby wyłudzić trochę kasy, czy też chciano nas rozdzielić? Magda z jakimś obcym facetem w taksówce nie wiadomo gdzie, ja na jakimś obcym podwórku na zadupiu, z dodatkowym plecakiem na głowie. To wszystko stało się tak szybko, że nie było nawet czasu przekonać się, czy to rzeczywiście jego dom. Rozejrzałem się wokół, ale ani w budynku, ani w najbliższym sąsiedztwie nie zauważyłem znaków życia. Podwórko znajdowało się już za ogrodzeniem i gdyby nagle pojawił się ktoś przedstawiający się jako właściciel, musiałbym się tylko modlić, żeby nie potraktował mnie jak intruza lub złodzieja. Na szczęście, oprócz pustej budy nie zauważyłem śladów psa. W taksówce Turek mówił, że jego matka na pewno jest w domu, powinna więc, albo ktoś z domowników, zobaczyć całe to zamieszanie i wybiec mu na powitanie lub przynajmniej widząc mnie stojącego na podwórku, zapytać co tutaj robię. Czyżby więc jakiś podstęp? Ponieważ nikt się nie pojawiał, ani po to, aby mnie przywitać, ani aby zamordować i obrabować pomyślałem, że to jednak zbieg okoliczności i prawdopodobnie Magda zaraz przyjedzie. Ciekawe tylko, czy z paszportem, czy bez? W końcu minie ponad pół godziny od momentu, kiedy wyładowaliśmy się z autobusu, w dodatku miejsce to nie wyglądało na przeznaczone do długiego postoju i prawdopodobnie autokar odjechał już tam, gdzie odjeżdżają autokary po zakończeniu kursu. To byłby pasztet, my tu śnimy o Indiach, tymczasem już w Stambule, nasza podróż dobiegłaby końca. Magda pewnie załatwiłaby sobie w ambasadzie powrót do Polski, ale o dalszej jeździe nie byłoby mowy. No cóż, i tak planowałem samotną podróż, ale głupio będzie powiedzieć jej teraz „to cześć, napiszę ci, jak było w Indiach”. 

Po czterdziestu minutach wszystko się wyjaśniło. Usłyszałem warkot silnika i po chwili na podwórko wbiegła Magda, wymachując triumfalnie paszportem. A więc żaden podstęp, za chwile będziemy w domu - prysznic, śniadanie i zapomnimy o całej sprawie. Ponieważ Magda nie miała drobnych, wyjąłem z kieszeni kolejne 10$ i wręczyłem kierowcy. Nasza euforia nie trwała jednak długo, bowiem taksówkarz oznajmił, że należy mu się 20$ i widząc nasze zdziwione miny powtórzył, pomagając sobie palcami. Teoretycznie miał rację, za pierwszy kurs od miejsca postoju autobusu do domu Turka 10$, następnie z domu do autokaru i z powrotem do domu. Teoretycznie, ale nie ulegało wątpliwości, że 10$ za pierwszy kurs i tak było ceną prawie dwukrotnie zawyżoną, w końcu nie było to tak daleko i zapłaciłem ze dwa razy więcej, niż za podobny kurs w Polsce. Nie targowałem się tylko dlatego, że byłem zmęczony i zdawałem sobie sprawę, że należało to zrobić przed jazdą. Gdybym jednak chciał postawić na swoim, zażądałbym rozliczenia według taksometru i skończyłoby się na góra 5 - 6$.  Kierowca nie zamierzał jednak rezygnować z tak znakomitej okazji do oskubania turystów i twardo powtórzył swoje żądanie. Spojrzałem na naszego Turka, ale ten tylko wzruszył bezradnie ramionami. Magda również straciła dobry humor i zaczęła wymyślać kierowcy od bezczelnych naciągaczy. Miałem już tego serdecznie dosyć i powiedziałem, że chcę zobaczyć taksometr i jeżeli wskazuje on 20$, to bez wahania zapłacę, jeżeli jednak nie, to wezwę policję i oskarżę go o próbę oszustwa, tym bardziej, że taksometr powinien pokazywać należność w tureckich lirach. Szofer odpowiedział, że zresetował już licznik, gdyż nie spodziewał się wozić oszustów. Byłem już u granic wytrzymałości nerwowej, ponad 60 godzin w drodze bez postoju i jak na razie 20$ wyrzucone w błoto. Jedziemy na policję! – krzyknąłem do kierowcy, który zatrząsł się z oburzenia i powiedział, że on również tylko o tym marzy, i policja z pewnością nauczy nas płacenia za kurs. Turek po raz pierwszy włączył się do kłótni próbując wynegocjować z kierowcą opuszczenie ceny. Nie chciałem o tym słyszeć i zażądałem interwencji policji. Turek podszedł do mnie i powiedział, że powinniśmy docenić to, że pojechał szybko po paszport i załatwić sprawę bez awantury z policją. Zdziwiło nas trochę, że trzyma stronę kierowcy, w końcu my byliśmy cudzoziemcami, podobno jego gośćmi, zapłaciłem za pierwszy kurs i to więcej niż należało, przecież to on jest u siebie i powinien pilnować, aby miejscowe cwaniaczki nie robiły nas w konia. Spytałem go o wskazanie taksometru, przecież jechał razem z Magdą, odpowiedział, że nie pamięta. Ponownie nabrałem podejrzeń. I tak nie miałem kolejnych 10$, zostały mi już tylko 4 portrety Jurka Waszyngtona, więc powtórzyłem „I will not pay, call the police, now”. Kierowca widząc, że nie żartuję, stracił nagle ochotę na rozmowę z przedstawicielami władzy i zaproponował 5$. Turek ponownie wkroczył do akcji, wziął nas z Magdą pod rękę i poprosił żebyśmy się zgodzili gdyż, jeżeli wezwiemy policję, to zanim wszystko wyjaśnimy minie dużo czasu, w dodatku nie ma żadnej pewności, że kierowca zawiezie nas na policję, a nie do swoich koleżków lub wywiezie gdzieś za miasto i tam zostawi. Szczery aż do bólu, szkoda gadać. Rzuciłem kierowcy 3$ i wskazującym palcem pokazałem drogę, którą ma zniknąć nam z oczu. Jeszcze raz krzyknął „five dollars!”, ale go zignorowałem i zarzuciwszy plecak na ramiona poszedłem w kierunku domu. Kątem oka dostrzegłem, że dał za wygraną i klnąc trzasnął drzwiami. Po chwili smród spalin upewnił nas, że scena dobiegła końca. Okazało się jednak, że czeka nas kolejna niespodzianka. Turek nie podchodząc nawet do drzwi oświadczył, że w domu nikogo nie ma, a on zapomniał kluczy. Zaraz potem dodał, że to bardzo dziwne (nie, no skąd?!) nie rozumie co się stało, jego matka gdzieś wyszła, ale z pewnością zaraz wróci i zaproponował poczekać na nią w altanie. Wymieniliśmy z Magdą dyskretne spojrzenia, tymczasem nasz „gospodarz” w ramach przeprosin za nieprzewidziane utrudnienia, zaproponował nam poczęstunek tureckimi rogalikami, po które wybiegł na kilka minut do sklepu. Wszystko to przestało mi się podobać. Wciskał nam jakiś kit, bez dwóch zdań. Po powrocie wręczył nam po trzy rogale i zaczął wychwalać ich nadzwyczajne walory smakowe. Z reklamówki wyjął też trzy kartoniki z sokiem owocowym. Wzrokiem powiedziałem Magdzie, aby tego nie jadła, odpowiedziała mi w ten sam sposób, że nawet nie zamierzała. Tymczasem Turek rozłożył na stole reklamówkę z sokami i rogalikami i zaczął zabawiać nas rozmową. Sytuacja stawała się coraz bardziej niezręczna. Zdążyliśmy się dyskretnie pozbyć dwóch rogalików, pozostało jeszcze kilka, a Turek bez przerwy przypominał nam, że jesteśmy głodni. W końcu wzrokiem ustaliliśmy, że Magda będzie jadła, ja zaś powstrzymam się od konsumpcji, aby w razie czego panować nad sytuacją. Upłynęły dwie godziny „gadki – szmatki” podczas której Turek co chwila zapewniał nas, że jego matka gdziekolwiek nie wyszła, to na pewno zaraz wróci. Ponieważ Magda nie zdradzała oznak zatrucia, ostrożnymi kęsami pokonałem dwa rogaliki. Rozmowa nie kleiła się coraz bardziej i w końcu po 11-tej, dałem Magdzie znak, że wystarczy tej komedii i zwijamy się stamtąd. Turek słysząc, że zamierzamy jechać do hotelu, poprosił nas o jeszcze trochę cierpliwości, ale jego głos nie zdradzał już takiego entuzjazmu, jak kilka godzin wcześniej. W końcu, z miną wyrażającą tak wielkie cierpienie z powodu naszego pożegnania, iż byłem prawie pewien, że zaraz umrze z rozpaczy, zaproponował nam przynajmniej odprowadzenie na przystanek autobusowy. Na miejscu szarpnął się na dwa bilety po ok. 0.5$ i już zza szyb autobusu zobaczyliśmy go po raz ostatni, machającego nam na pożegnanie ręką w taki sposób, jakby trzymał w niej chusteczkę  nasiąkniętą łzami. Odetchnęliśmy z ulgą. Cały ten cyrk kosztował mnie 25$ (Magda oczywiście chciała oddać mi pieniądze, ale odmówiłem – tylko taki dżentelmeński gest mógł poprawić mi samoocenę – dać zrobić z siebie idiotę w taki sposób!), straciliśmy kilka godzin, w dodatku zacząłem odczuwać nieodpartą chęć, do pozostania sam na sam z naturą. 

  

Z Konstantynopola dalej na wschód...