Tanjavour to typowe
miasteczko południa. Architektura w połowie kolonialna, ratusz z górującą
nad miastem wieżą z zegarem i resztki brytyjskich ceglanych domów. Wszystko
to porosłe już indyjską prowizorką budowlaną i bezładnie oplecione
milionami kilometrów kabli. Całość tonie w tej specyficznej, sennej
atmosferze sjesty, której próżno szukać na północy. Już na oko widać, że
południe jest bogatsze, nikt tu się nigdzie nie spieszy, nie ma prawie żebraków
i nawet rikszarze są za leniwi, aby naciągać pasażerów. Wolne miejsce
znalazłem jednak dopiero w hotelu „Yagappa”, kilkaset metrów za główną
ulicą miasteczka. 150 Rs za duży pokój z łazienką, na ostatnim piętrze będącym
jednocześnie tarasem, z którego roztacza się widok na część miasteczka.
Obiad, prysznic i do świątyni.
Świątynia w
Tanjavour pochodzi z XIw. i była największym chyba osiągnięciem ówczesnej
techniki budowlanej na świecie. Zbudowano ją na polecenie króla Radża Radży
Wielkiego. Wznoszono ją prawdopodobnie przy użyciu tej samej technologii, co
przy budowie piramid. Olbrzymie kamienne bloki dopasowywano „na wcisk” bez
kilograma zaprawy i spoiwa. Każdy w nich waży kilka ton, a kopuła wykuta z
litej skały ponad czter
dzieści.
Niestety nie można wejść na górę, skąd dałoby się pewnie
zauważyć resztki zaczynającej się kilka kilometrów dalej rampy, służącej
do wtoczenia tych gigantycznych „klocków” na wysokość ponad 30 metrów.
Całość otoczona murem, w obrębie którego znajduje się jeszcze kilka
pomniejszych świątyń, jednak nie prez
entują
się one już tak okazale. Kamienna posadzka od rana nagrzewana słońcem parzy
mnie w stopy, buty trzeba zdjąć już w bramie, co chwila nadeptuję na jakiś
drobny kamyczek i syczę z bólu. Niestety tylko przedsionek świątyni dostępny
jest dla białych turystów. A szkoda, chętnie zobaczyłbym ten olbrzymi,
kamienny, prawie
trzymetrowy
fallus ukryty przed oczami "niewiernych". We wnętrzu panuje orzeźwiający
chłód, kamienne bloki są na tyle potężne, aby utrzymać słońce w ryzach.
Ściany całe czarne, chyba od ognia płonącego tu pewnie podczas jakichś
ceremonii. Idę razem z kilkoma Hindusami okrężnym korytarzem, mijam strzeżone
przez brodatą postać „serce świątyni”, gdzie prawdopodobnie kapłani i
wierni proszą ów kamienny symbol płodności o pomyślność i urodz
aj
i po kilku minutach wychodzę bocznymi schodami. Świątynia już z zewnątrz
wygląda imponująco, ale dopiero w środku, widok monstrualnie wielkich bloków
skalnych tworzących korytarze, wnęki, filary i sklepienia, uczy pokory w
stosunku do „ciemnoty” sprzed 1000 lat. 
Upał jest naprawdę
niemożliwy, wracam do hotelu powoli, niestety kierując się mapką wybrałem
„skrót” wzdłuż torów kolejowych i teraz pokutuję. Zero cienia, a woda
mi się kończy. W sklepie przy hotelu wypiłem całą butelkę jednym tchem. Połowę
przy tym wylałem, już od kilku
dni uczę się hinduskiej sztuki picia bez dotykania butelki ustami, ale jeszcze
nie bardzo mi wychodzi. Pranie i na kolację. Przy tej okazji zauważam, ile
rzeczy mam niepotrzebnych. Dwie koszulki polo, sześć podkoszulek, a wystarczyłoby
po jednej. Tutaj w każdym hotelu, w łazience jest specjalne wiaderko lub miska
do prania, a w sklepach można za grosze kupić jednorazówki z proszkiem. Na
tym słońcu w ciągu pół godziny wszystko wysycha na pieprz.
W hotelowej
restauracji zupa cebulowa i frytki - 45 Rs. Niezłe są te tutejsze zupy mimo,
że „cienkie”, prawie na samej wodzie, ale z dużą ilością tartych warzyw
i ostro doprawione smakują wyśmienicie. Frytki podaje się na dwa sposoby -
francuski i angielski. French fries - bardzo cienkie, mocno spieczone i suche.
Dużo lepsze są te angielskie, grube i smażone na oleju wzbogaconym ogromną
ilością przypraw. Mam już dosyć najpopularniejszego hinduskiego przysmaku
„masala dosa” - chrupiący prażony placek, którym zbiera się mieszanki
zimnych sosów o niezjadliwych dla mnie smakach. Inna sprawa, że przysmak ten
jest o połowę tańszy. Dla fanatyków ryżu polecam biryanii - ryż gotowany w
wodzie z przyprawami, w dziesiątkach odmian, z mięsem, jarzynami, na życzenie
można sobie komponować samodzielnie jak pizze.
Wieczorem wróciłem do świątyni, kamienne posadzki nie przypiekają już stóp, za to wlazłem w słoniowe łajno. Taaaa... Na szczęście niedaleko był hydrant. Na dziedzińcu kilka słoni. Błogosławią Hindusów. Wystawia się jedną rękę z pieniążkiem, drugą z przysmakiem dla słonia - banan lub cokolwiek. Słoń pochłania przysmak, odbiera monetę, która wędruje do kieszeni opiekuna i kładzie trąbę na głowie pochylonego Hindusa. Zdecydowałem się złamać pierwsze przykazanie i ustawiłem się w kolejce. Skóra słonia jest szorstka jak papier ścierny, a „chwytak” trąby wilgotny jak nos psa. Opiekun proponuje mi kilkuminutową przejażdżkę gratis. Wiem, co tutaj znaczy gratis, ale nigdy nie jechałem na słoniu. Opiekun wydaje kilka komend i słoń pochyla się wysuwając ugiętą przednią nogę. Teraz już wystarczy tylko złapać za uszy i za chwilę jak piórko wznoszę się trzy metry nad ziemię. Na szczęście usiadłem przodem do kierunku jazdy. Siada się słoniowi na karku, niestety nie mam w tym za dużej wprawy, i przy każdym ruchu olbrzyma, jego skóra boleśnie ociera mi nogi. Na szczęście po stu metrach poganiacz wydał komendę i tą samą techniką zszedłem na ziemię. Poganiacz i słoń patrzyli na mnie na przemian, i nie pozostało nic innego, jak tylko wyjąć 50 Rs.
Wracając do hotelu kupiłem kokosa. W Europie widujemy zazwyczaj małe brązowe, włókniste skorupy z wysuszonym miąższem. Dojrzały świeży orzech ma zieloną skorupę i jest wielkości małego arbuza. Rosną one „sznurkami” na lianach i gdy ta wyschnie lub przegnije, spadają z hukiem na ziemię. Dlatego romantyczny spacer pod palmami może skończyć się tragicznie, orzech waży prawie dwa kilogramy i spadając z wysokości ponad 10 metrów może nawet zabić. Handlarz kilkoma cięciami maczety wybija otwór, pakuje do środka słomkę i mam do pokonania prawie pół litra „mleka”. Do pokonania, gdyż smak nie jest porywający i trudny do opisania – coś mi przypomina, ale nie kojarzę co...
Po otwarciu drzwi do pokoju, zauważam na ścianach i suficie ze dwadzieścia małych bladożółtych jaszczurek. Poruszam się ostrożnie, żeby ich nie płoszyć. Są niegroźne, za to mistrzowsko polują na moskity i inne robactwo.