Kumbakonam, pół do piątej nad ranem. Obudziłem się, kiedy kierowca uruchamiał silnik i wyskoczyłem w ostatniej chwili, autokar jechał dalej. Spory dworzec, kilkanaście stanowisk odjazdów, wszędzie syf i brud, między drzemiącymi autobusami śpią krowy i bezpańskie psy. Na dźwięk zapuszczanego silnika podnoszą się niechętnie i uciekają wymyślając kierowcom w swoich językach. Jest ciemno i miasteczko jeszcze śpi. Przyjechałem tu zobaczyć kompleks świątyń, jakie kiedyś widziałem na filmie o Indiach. Według mapki to dosyć daleko i nie wiem, czy czekać na dworcu do świtu, czy zapuścić się w ciemne miasto pełne wałęsających się watach bezpańskich psów. Poszedłem, i kiedy słońce wstało byłem u wrót pierwszej. Po minach mieszkańców miasteczka poznaję, że od lat nie było tu „turysty z kulawą nogą”. Jestem lekko rozczarowany, nie tyle zewnętrznym widokiem, ale tym, że nie ma mowy o wejściu do środka. W takim razie nie zostanę tu na noc, teraz na śniadanie i autobusem dalej. Południowe stany Indii, a konkretnie Tamilnadu (gdzie obecnie jestem) i Kerala mają najgorzej rozwiniętą kolej. Wynika to z ukształtowania terenu, podmokłe rejony wzdłuż wybrzeża i góry porośnięte tropikalnymi lasami w głębi subkontynentu. Autobus do Tanjavour odchodzi o 10-tej i kosztuje 18 Rs. Państwowe autobusy są dużo tańsze od prywatnych i za to dużo gorsze, te drugie kursują zresztą tylko na dłuższych trasach, natomiast przy krótszych odcinkach skazani jesteśmy na nienumerowane miejsca w zatłoczonych do ostatnich granic i rozklekotanych „Tatach”. Co drugi samochód lub autobus w Indiach jest made in „Tata”. Ten olbrzymi koncern robi chyba wszystko, piłem już herbatę „Tata”, myłem się mydłem o tej marce, takie same logo widziałem na odzieży. Na szczęście mam miejsce obok kierowcy, po drugiej stronie „wanny” z silnikiem. To miejsce specjalne, kierowca pozwala pasażerom wchodzić tam dopiero, kiedy już pojazd jest pełny. Jednak na widok białego, szofer protekcjonalnym gestem wskazał mi to najwygodniejsze miejsce. W odróżnieniu od ciasnych siedzeń za mną, było tam wystarczająco dużo miejsca, aby położyć plecak i nadal pozostało ponad metr na wyciągnięcie nóg. Mina zrzedła mi kilka minut później, gdy autobus ruszył. Indyjskie drogi są bardzo wąskie, jeżeli coś nadjeżdża z naprzeciwka to, aby się wyminąć, jedno z aut musi zwolnić i zjechać na pobocze. Do tego w indyjskich miastach podział na ulicę i chodnik dla pieszych jest umowny. Wszyscy tłoczą się tam, gdzie jest jeszcze chociaż metr wolnej przestrzeni. Ludzi, krowy, riksze rowerowe i motorowe tworzą zwartą masę, pierzchającą w popłochu na boki przed jadącym autobusem. Pamiętam, ile problemów sprawiało mi przechodzenie przez ulicę, nawet na pasach w dużych miastach. Pierwszą pułapką są reguły ruchu lewostronnego. Wchodząc na jezdnię, odruchowo oglądałem się najpierw nie w tę stronę co trzeba i nie widząc niczego pewnie szedłem dalej. Ostre ryki klaksonów i pisk hamulców z prawej strony nie raz uratowały mi życie. Ale nawet idąc „chodnikiem” trzeba mieć oczy dookoła głowy i być gotowym na zachodzący tył jakiegoś auta lub skracającą sobie drogę rikszę. Tutejsze trzyletnie dzieci mają już refleks i orientację dorosłego. Teraz poznawałem tajniki indyjskiego ruchu drogowego metr zza przedniej szyby i na widok mknącego z naprzeciwka autobusu lub ciężarówki, klika razy odruchowo przymykałem oczy. Kierowcy nie mają chyba ustalonych reguł, który z nich ma zwolnić i zjechać na pobocze, toczy się wtedy „wojna nerwów”. Wraz z nieubłaganym zmniejszaniem się dystansu między pojazdami, jeden z kierowców musi spękać. Zwycięzca tego pojedynku trąbi wtedy na wiwat, a pokonany swoim klaksonem puszcza mu wiąchę. Zauważyłem też, że autobus nie jedzie do celu najkrótszą trasą. Zbacza co jakiś czas po kilkanaście kilometrów, aby zebrać pasażerów z okolicznych wiosek, przez co realna odległość i czas wydłużają się nawet trzykrotnie. Do Tanjavour, odległego zaledwie o niecałe 70 km, jechaliśmy ponad trzy godziny.

 

Tanjavour...