Jestem w Madras, chociaż tu używa się tamilskiej nazwy (Chennai). Jest 5 września, przyjechałem wczoraj o 17-tej. Podróż była w miarę przyjemna, przyzwyczaiłem się już do atmosfery indyjskich pociągów, tych żebrzących dzieci, pokrzykujących ochoczo handlarzy i Hindusów jedzących bez przerwy zapakowane do termosów smakołyki. Poznałem młodego bogatego Hindusa z Kalkuty, jadącego na swój ślub do Madras. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nie widział nawet jeszcze swojej przyszłej żony. Jest właścicielem kilku sklepów, dużo pracuje, poza tym, z jego społeczną pozycją nie mógł sobie pozwolić na wprowadzenie do rodziny kobiety spoza swojej kasty. Dlatego aranżacją ślubu zajęli się jego rodzice, na co on obojętnie przystał. Zapytałem go, co w takim razie, jeżeli jego narzeczona mu się nie spodoba? Optymistycznie odpowiedział, że tak źle może nie będzie, a w razie czego jest wystarczająco bogaty, aby zapewnić sobie szczęście poza małżeńskim łożem. I kto to wymyślił, że pieniądze nie dają szczęścia?

Planuję jechać dalej na południe do Kumbakonam, ale jak się zorientowałem, kolej nie najlepiej się do tego nadaje. Na szczęście naprzeciwko mojego hotelu są setki firm autobusowych, właściwie cała ta dzielnica zapełniona jest biurami podróży. Zatrzymałem się w „Regent Hotel” - 200 Rs, jedynka z łazienką. Hotel leży w bocznej uliczce i trafiłem do niego prawie cudem, zniechęcony niepowodzeniami poszukiwania według Lonely Planet. Te przewodniki nie są jednak tak doskonałe, jak się o nich mówi. Kilku proponowanych tam hoteli w ogóle nie było, a podawane ceny w pozostałych różniły się, niekiedy astronomicznie od rzeczywistych. Chodząc po mieście zauważyłem, że większość napisów jest już w języku tamilskim, jedynie większe sklepy i restauracje mają dwujęzyczne oznakowanie. W restauracji gdzie jadłem kolację, menu było opisane wyłącznie szlaczkami, tzw. „flowers letters” i to, że nie poszedłem spać głodny, zawdzięczam tylko miłosierdziu kelnera, który wpuścił mnie na zaplecze i pozwolił palcem pokazać, na co mam ochotę. I tak nie wiedziałem co to jest, wybierałem starając się domyślić smaku po kolorze i konsystencji. Wieczorem wyszedłem kupić wodę i owoce, niestety już bez aparatu. Myślałem, że idę tylko kilka kroków, na pięć minut. Nagle na głównej ulicy naprzeciwko dworca kolejowego (jakieś 200 metrów od hotelu), usłyszałem głośną muzykę. Idąc za nią trafiłem do przykrytej daszkiem niewielkiej sceny. Po jej bokach, w kilku rzędach siedzieli, osobno mężczyźni i kobiety. Między nimi kapłan śpiewał coś na różne tempa, raz zawodził jak potępieniec, chwila później nawijał jak raper, klęcząc nad lampą, z której unosił się wysoki płomień. Na środku sceny w dzikim tańcu, lub raczej prawie w konwulsjach miotała się może 15 letnia dziewczyna, w żółtej obcisłej sukience. Wyglądało to tak niewiarygodnie, że w pierwszej chwili pomyślałem, że to jest silenie się i udawanie. Zmieniłem zdanie dopiero, kiedy po kilku minutach upadła na ziemię tracąc przytomność. Natychmiast podbiegło do niej dwóch młodych Hindusów tylko w przepaskach na biodrach, unieśli ją, zabrali ze sceny i ocucili kilkoma łykami wody z kubka. Dziewczyna ciągle słaniając się na nogach usiadła wśród pozostałych kobiet. Przepchnąłem się przez gęstniejący wokół tłum. Zapytałem stojącego najbliżej Hindusa, co się dzieje. Niestety nasz angielski nie był kompatybilny, jak on mnie rozumiał, to ja nie rozumiałem jego, i na odwrót. Załapałem tylko, że chodzi o jakąś ceremonię, ale nie potrafił znaleźć angielskich słów, aby opisać jej cel, imiona bogów, które podawał jako patronów ceremonii też nic mi nie mówiły. Na scenę weszła kolejna tancerka, również młoda ładna dziewczyna, w różowej, lekkiej, zwiewnej sukience. Uniosła ręce nad głowę i ruchami derwisza zaczęła kręcić się w kółko. Siedzący wokół muzykanci rytmicznymi ruchami stukali w bębenki, kapłan zawodząc sypał w ogień płatki kwiatów i kawałki materiału wyglądającego identycznie, jak ten z jej sukienki. Dziewczyna tańczyła płynnymi ruchami i widać było, że na tym etapie jeszcze całkowicie panuje nad swoim ciałem i umysłem. Powoli, powoli muzyka stawała się coraz bardziej agresywna i szybka, patrząc na ręce uderzające w bębenki przestałem widzieć pojedyncze palce, przypominało to raczej łopot ptasich skrzydeł. Jakby na ten sygnał, dziewczyna przestała się kręcić i niewyobrażalnie szybkimi ruchami zaczęła przechylać się gwałtownie na boki. Jej ręce nie pozostawały w górze, tylko kreśląc magiczne kręgi wirowały wokół całego ciała. Znad lampy kapłana unosiła się woń palonych kwiatów i kadzideł, a gęstniejący dym oplatał tańczącą sylwetkę. Nie wiem ile to trwało, kilka lub kilkanaście minut, kiedy tańcząca dziewczyna z całych sił walczyła ze swoimi zmysłami. Nagle zaczęła rzucać się w sposób tak nieprawdopodobny, że po każdym jej ruchu myślałem, że roztrzaska się o deski w podłodze. Nie wiem, jakim cudem trzymała równowagę i ciągle stała na nogach. Walenie w bębny było tak silne, że prawie rozsadzało mi uszy, a tempo ciągle wzrastało. Jest taki moment, kiedy myślimy, że to już musi być koniec, że już szybciej i bardziej nie można. Ja też tak myślałem, co kilka sekund i dopiero po kilku minutach przestałem, tak jakbym również stracił kontrolę nad swoim umysłem, nie czekając już spokojnie na nieuchronny koniec, ale tkwiąc w stanie zupełnego odrętwienia. Dziewczyna z pewnością nie była już sobą, jej głowa kręciła się wokół drgającego z częstotliwością kilku megaherców ciała, a rozpuszczone, długie, czarne włosy tworzyły unoszące się w powietrzu smugi, nie nadążając za ruchami szyi. Luźna dotąd sukienka, teraz przykleiła się do ociekającego potem ciała, co razem z jej szalonymi ruchami zaczęło nabierać charakteru tak bardzo erotycznego, że prawie na granicy wulgarności. Z odrętwienia wyrwało mnie łaskotanie na szyi, na koszulce zobaczyłem czerwone kropelki. Odruchowo przegryzłem wargę. Wróciłem wzrokiem na scenę, ale nie widziałem już tancerki, tylko wirującą różowo - czarną smugę. Wreszcie jednak nadeszło nieuchronne i dziewczyna padła na deski. Każdy napięty, i pulsujący nadal bezwiednie mięsień jej ciała, był teraz widoczny pod mokrym materiałem. Pomyślałem z politowaniem nad nędzą masowej „ginekologicznej” pornografii, ta dziewczyna nie mając nawet pewnie takiego zamiaru, pokazała więcej, niż wszystkie Teresy Orłowskie świata razem wzięte, jeżeli ktoś tylko umiał to zobaczyć. Kiedy znoszący ją ze sceny Hindusi mijali mnie niosąc ją na rękach, jej ciało jeszcze drgało mimo, że była nieprzytomna. Strumienie potu spływały jej po szyi, ginąc w rowku między piersiami. Cholera, zresztą o czym ja tu piszę...

Wracając do hotelu kupiłem bilety do Kumbakonam na następny dzień na 22.40 - 140 Rs. Autokar powinien być luksusowy, co na nocną jazdę jak znalazł. Na straganie przed hotelem kupiłem ponad kilogramową kiść winogron za 15 Rs. No i oczywiście półtoralitrowa butelka wody za 12 Rs. Tej wody idzie 4 butelki dziennie, ale przeżyć bez niej nie sposób. Od pewnego czasu zaczynam oszczędzać, na początku jechałem tylko na coli, teraz piję jej nie więcej, niż dwie dziennie (0.33l - 10 Rs).

Następnego dnia wybrałem się w miasto. Z premedytacją skorzystałem z usług rikszarza - naganiacza, który oferował mi dwugodzinną jazdę po Madras, tylko za 40 Rs, pod warunkiem, że po drodze odwiedzę trzy wskazane przez niego sklepy. Nie muszę nic kupować, ważne tylko, żeby tam wejść. Zgodziłem się, gdyż i tak musiałem wybrać się na zakupy dla rodziny, dokąd jeszcze mam jakieś pieniądze, a dwie godziny jazdy po mieście kosztują przynajmniej ze 200 Rs. Madras nie jest specjalnie pięknym miastem, niewiele tu do oglądania poza nadmorskim parkiem Marina Beach. Większość budynków stanowią urzędy o kolonialnej architekturze, kilka kościołów i miniaturek hinduskich świątyń charakterystycznych dla południa. Typowe duże, portowe miasto, zatłoczone i męczące, ale trudno tak bez niczego mijać te miejsca o egzotycznych, tajemniczych nazwach, o których myśleliśmy w szkole na nudnych lekcjach geografii  - po co każą mi się tego uczyć, i tak nigdy nie uda mi się tam pojechać.

Hinduskie sklepy. Trudno to opisać. Właściwie każdy Hindus od urodzenia jest biznesmenem. Nieważne, czy nędzarz, czy bogacz, smykałkę do robienia interesów, „bajerowania”, naciągania i wciskania kitu ma każdy. Na początku, kiedy po kilku minutach przyglądania się przepychowi przeciętnego sklepu (sklepami w Indiach nazywa się na ogół tylko te wypełnione tysiącami dywanów, materiałów, ciuchów, biżuterii, rzeźb, figurek, i mniej lub bardziej kiczowatych pamiątek) byłem zdecydowanie wypraszamy, nie „kumałem”, o co chodzi. Dopiero, kiedy zrozumie się, że każdy hinduski taksówkarz i rikszarz, lub nawet zwykły przechodzień jest akwizytorem czegośtam i ma prowizję od każdego turysty, wszystko staje się jasne. Drapieżność tutejszego marketingu wykracza poza premiowanie naganiaczy prowizją od kwoty zostawionej w sklepie przez turystę. Wielu rikszarzy nagradzanych jest już tylko za to, że w ogóle przyprowadzą „klienta”. Umowa między nimi wygląda w ten sposób, że po przekroczeniu przez turystę wrót sklepu rikszarz uruchamia stoper i jeżeli właściciel nie wyrzuci delikwenta przed upływem pięciu minut, to rikszarz dostaje swoją działkę. Stąd właściciele nie mogą sobie pozwolić na pętanie się „jeleni” po sklepie bez celu i od razu agresywnie oceniają ich „zdolność kredytową”. Jeżeli już na wstępie nie powiesz, że interesują cię jedynie dywany od 1000$ w górę i takaż biżuteria, to zostaniesz delikatnie wzięty pod ramię i wyprowadzony z miłym uśmiechem krokodyla spoglądającego na owieczkę. Nie pomoże nawet, kiedy obiecasz, że na pewno coś kupisz. Musisz bowiem kupić przynajmniej za kwotę wyższą, niż potencjalna prowizja dla naganiacza, a ponieważ żaden sklepikarz nie ma pewności, czy przyszedłeś sam, czy za rogiem nie czeka już rikszarz z zegarkiem w ręku, reguły są nieubłagane. Pierwszy sklep, jaki odwiedziłem był jeszcze „normalny” i mój rikszarz miał tylko prowizję od utargu. Zostałem poczęstowany herbatą, sklepikarze pokazywali mi towar z przyjemnością, dyskretnie powstrzymując się od komentarzy, gdy mówiłem im, że jestem studentem i stać mnie tylko na towar z najniższej półki. Czując się mimo tego dopieszczony jak święta krowa, kupiłem dwa szale z kaszmirskiej wełny, jedwabny krawat, damską torbę podróżną i kilka srebrnych drobiazgów, wzbogacając właściciela o 45$. Oczywiście, herbata herbatą, pieszczoty pieszczotami, ale o wszystko targowaliśmy się prawie godzinę, podnosząc głos i przy użyciu słów uważanych na ogół za nieprzyzwoite. Kiedy jednak dobiliśmy targu i pracownicy z namaszczeniem pakowali towar, na stole pojawił się kolejny dzbanek herbaty i z powrotem zapanowała atmosfera imienin u cioci. Wizyta w drugim sklepie (po pierwszym rikszarz nie miał już żadnych wątpliwości, że moje zakupy dobiegły końca) w pełni potwierdziła zasadę life is brutal. Kiedy tylko zamknęły się drzwi, wytrawny kupiec od razu ocenił moje szorty i podkoszulek, i nie bawiąc się sentymenty poprosił mnie o pokazanie karty kredytowej. Gracja, z jaką zamknął za mną drzwi (o mało nie wypadły z futryn) wprawiłaby w zakłopotanie wszystkich przyjeżdżających szukać tu stoickiej medytacji, mistycznych uniesień oderwanych od „przyziemnego zachodniego materializmu” i innych tego typu durnot. Nie wiem w ogóle, skąd się biorą owe kretyńskie bajki, o tej całej „natchnionej atmosferze” tak poszukiwanej tu przez wszystkie „dzieci kwiaty”. Wystarczy tylko przyjrzeć się Hindusom wsiadającym do pociągu lub autobusu - gdzie dla kobiet przeznacza się nawet oddzielne wagony i wejścia, aby nie zostały stratowane - aby się przekonać, że wszystkie te techniki medytacji służące odnalezieniu „wewnętrznego spokoju”, to tylko pic na wodę. Hindusi nie znają słowa „przepraszam”, obojętnie czy staną ci na nogę, czy dostaniesz łokciem pod żebro w drzwiach. To dla nich oczywiste, pierwszy jest ten, kto szybszy, i kto się lepiej przepycha i tylko taki sam język rozumieją. Kilka minut przygotowywałem się psychicznie do odbycia „pańszczyzny’ w ostatnim sklepie i kiedy wreszcie ostatnie drzwi zatrzasnęły się za mną „z siłą wodospadu”, odetchnąłem z ulgą. Never again. Piszę to siedząc z znajomej restauracji przy dworcu, gdzie kelner poznał mnie od razu i nie fatygując na zaplecze (pamiętał, że oddałem pustą tacę) przyniósł to samo, co wczoraj. Do autobusu mam jeszcze cztery godziny, które spędzę tu nad butelką coli, gdyż zaczął padać deszcz.

Nie wysiedziałem tam jednak długo i poszedłem do kina na jakiś amerykański film. Stosunek Hindusów do dziesiątej muzy jest, najdelikatniej mówiąc, entuzjastyczny i jedyny w swoim rodzaju. Pisałem już, że ojczyzna Kamasutry jest krajem obyczajowo bardzo konserwatywnym, z czego wynikają pewne konsekwencje. Jedną z nich jest to, że Hindusów są w stanie zainteresować wszystkie filmy, ale tylko do ostatniego "momentu". Kiedy już wiadomo, że żadna pani nie pokaże nawet kawałka biustu i pan z panią nie będą już udawali "ruchów niegodnych filozofa", publiczność natychmiast traci zainteresowanie, krzesełka trzaskają i sala pustoszeje. Kinooperator skończył projekcję i na moją prośbę o dokończenie seansu (nie żeby ten film mnie szczególnie interesował, ale miałem jeszcze godzinę do autobusu) patrzył na mnie jak na wariata. Co tam jest jeszcze ciekawego do oglądania?

 

Kumbakonam...