Ujechaliśmy może z 10 minut, gdy za oknem zauważyłem stojące w środku dżungli wiklinowe altany, a w nich dziesiątki kamiennych posągów. Jakiś warsztat rzeźbiarski. Fabryka bogów. Jadąc z Puri musiałem patrzeć w okna po przeciwnej stronie i dlatego nie zauważyłem tego wcześniej. Bez zastanowienia uderzyłem pięścią w blaszany dach autobusu, kierowca stanął i wysiadłem. Idąc tropem posążków dotarłem do warsztatu. Kilka pochylonych postaci w skupieniu stuka młoteczkami w tnące granitową skałę dłuta. Jeden z nich mnie zauważył i z wykręconą szyją patrzy na mnie jak na tygrysa bengalskiego nie przerywając pracy. W ostatniej chwili opamiętuje się i przenosi wzrok na dłuto. Fragment, który wykuwa jest tak koronkowo precyzyjny, że jeden nieostrożny ruch grozi katastrofą. Nie chcąc przeginać (nikt nie lubi, aby mu podczas pracy patrzeć na ręce) odchodzę dalej. Dwóch rzeźbiarzy zaczyna właśnie wstępną obróbkę kamiennego bloku. Jedna rzeźba w zależności od rozmiaru, zajmuje od 3 miesięcy do pół roku. Pytam, czy zdarzyło im się kiedyś, jednym nieostrożnym uderzeniem dłuta popsuć efekt całej półrocznej pracy. Po wzroku starszego poznaję, że woli nie odpowiadać na to pytanie. Wyciągam aparat i celuję obiektywem w pochylone sylwetki. Trzask migawki i ręce z młotkami zastygają na moment w powietrzu. Wiem, co mają ochotę mi powiedzieć i odchodzę przyjrzeć się ukończonym rzeźbom. Stojące między bujną roślinnością lasu, są piękne i wyglądają jak żywe. Zamykam oczy i wydaje mi się, że słyszę dźwięk wydobywającej się z piszczałki melodii... Bogowie hinduscy, figurki Buddy - kupują je głównie świątynie, ale nie brakuje i odbiorców prywatnych, resztki rodzin maharadżów, biznesmeni. Koszt jednej to ok. 150 tys. Rs. Nagle skamieniałem bardziej, niż otaczające mnie posągi. Naprzeciwko rzeźba nagiej kobiety, siedzący akt z czarnego kamienia. Na tle tych tajemniczych, kilkurękich, rzeźbionych z koronkową precyzją, z tysiącami misternie wykutych szczegółów i owianych mistyczną tajemnicą postaci, gładkie kamienne ciało kobiety wygląda tu dziwnie obco. Natychmiast pytam, kto to zamówił. Artysta śmieje się i odpowiada, że to tylko taki żart, próba rzeźby „egzotycznej”. Tylko 10 tys. Rs, kusi mnie ze śmiechem. No cóż, gdyby nie ważyła 70 kilo, może...

Przerwa w pracy, jeden z nich przynosi mi małą miseczkę ryżu polanego sosem z pędami jakichś roślin. Kilku z nich ostrzy prymitywne narzędzia. Patrząc na połamane połówki dłut, młotki bez trzonków, powyszczerbiane brzeszczoty i napędzane systemem przemyślnie powiązanych sznurków koła szlifierskie, wyglądające jak szczytowe osiągnięcia techniczne epoki neandertalskiej, nie mogę się nadziwić pięknu końcowego efektu ich pracy. Takich narzędzi nie wziąłby do ręki żaden „artysta” w Polsce, czy w Europie, przyzwyczajony do państwowych dotacji z Ministerstw Kultury. Te warsztaty są jednocześnie ich domami, nie ma tu elektryczności, godziny pracy odmierzane są słońcem, przebijającym się przez bujną roślinność. A słońce jest już coraz niżej, rzeźbiarze powoli sprzątają swój warsztat. Wracam na ziemię, dochodzi 16-ta, a na kolację jestem zaproszony do rybackiej wioski na rybę prosto z morza. Oczywiście w warunkach hinduskich, zaproszenie oznacza przynajmniej jakieś „co łaska”, ale niech im tam, nigdy nie byłem w rybackiej wiosce, na pewno będzie ciekawiej, niż w pustej restauracji w hotelu, i mimo wszystko raczej taniej. Na pożegnanie pytają mnie skąd jestem, pierwszy raz trafił tu do nich jakiś turysta. Poczułem się jak spadkobierca Kolumba, Vasco da Gammy i Magellana razem wziętych. Warto było wyskoczyć z autobusu w środku lasu, tylko jak teraz wrócić do Puri? Szosa jest pusta, z tego co pamiętam autobusy powinny jeździć przynajmniej raz na godzinę, ale jeśli ostatni już był? To byłby klops, musiałbym tu zostać do rana.

Czekałem ponad godzinę, siedząc na przydrożnym głazie i kiedy już miałem wracać do warsztatu, na horyzoncie zamajaczył kontur autobusu. Na szczęście kierowca nie wziął mnie za fatamorganę i po godzinie byłem w hotelu. Mój gospodarz już czekał w recepcji. Wioska rybacka leży może z pół kilometra od hotelu. Kiedyś przybywały tu setki turystów, zapewniając zbyt rybakom. Teraz łowią już prawie tylko dla siebie, hotele zamawiają może ze 20% połowu. Mój gospodarz ma na imię Aśri (chyba, bo piszę fonetycznie jak słyszę), sześcioro dzieci, zepsutą łódź i porwane sieci. Zaczynam wątpić, czy kolacja w wiosce będzie tańsza, niż w hotelu. Kluczymy między ceglano - drewniano - wiklinowo - bambusowymi chatkami. Długie i wąskie łodzie wyciągnięto na plażę, aby nie porwały ich fale sztormu. Wszędzie na kołkach porozciągane sieci. Wokół nich krzątają się kobiety, czyszcząc je z ostrych muszli i wodorostów. Nagie, brudne dzieci biegają wkoło, zdumione moim widokiem. „Hallo sir, give me one rupii, give me pen” przekrzykują się. Aśri osłania mnie przed nimi jak może, ale i tak będą za nami biegły. Kilka kobiet karmiących odsłoniętymi piersiami, na mój widok chowa się do chat. Wreszcie jesteśmy. Już na mnie czekają, po kolei jego ojciec, matka, siostra, żona i dzieci. Dzieciom daję torebkę cukierków kupionych po drodze. Wnętrze małej chatki pomalowane na zielono, kilka ręcznie struganych stołków i półek, na których parę odrapanych książek i rodzinnych zdjęć. W kącie przedpotopowy telewizor (zepsuty). Chatkę oświetla wisząca goła żarówka. Na środku rozłożona na podłodze kolorowa serweta, na niej duży, dymiący jeszcze półmisek z ryżem i kilka mniejszych rondelków. Tylko jedno miejsce. Dla mnie. Matka Aśriego nakłada mi na talerz zawartość rondli. Pieczone na kilka sposobów kawałki ryby w różnych sosach. Za dużo tego jak dla mnie samego, ale za mało nawet dla połowy z nas. Teraz jedząc sam czuję się bardzo głupio. Próbuję zaprosić ich do „stołu”, ale kiwają głowami, czekając tylko na moje skinienie. Jeszcze herbaty, ryżu? No, ryżu to tu pewnie jeszcze nie braknie, ale oni nie mogą sobie pozwolić na zjedzenie tych kilku ryb, złowionych w trudnym monsunowym okresie. Kolacja była naprawdę wspaniała, ryba wzorowo oczyszczona z ości, wszystko doskonałe i co najważniejsze, przyprawione delikatnie, w sposób możliwy do przełknięcia dla białego, połową zużywanego zazwyczaj pieprzu, papryki i curry. Żegnam się i gospodarz z radością w oczach chowa do kieszeni ofiarowane mu 70 Rs. Gościnność gościnnością, ale żyć przecież trzeba.

Rano lekkie spięcie w hotelu. Mimo, że gości jak na lekarstwo, mój recepcjonista bezceremonialnie przypomina mi, żebym do ósmej zwolnił pokój. Trochę to niewygodne, tutaj po całym dniu prysznic to jak zbawienie, a ja przecież mam pociąg po południu. Pytam go, czy pozwoli mi skorzystać z prysznica przed odjazdem i każe mi zapłacić za to 50 Rs. Mówię mu, gdzie ma się pocałować (we wszystkich hotelach gdzie byłem, nigdy nie było z tym problemu, podobnie jak z przechowaniem bagażu) i wynoszę się. Długi spacer wzdłuż morza (plecak z zostawiłem w restauracji na plaży). Spotkałem mojego rikszarza. Zaproponował mi odwiezienie na dworzec, ale teraz już bez niedomówień 15 Rs. Powiedziałem mu o gościnności w hotelu i zaproponował mi prysznic u siebie w domu (prysznic to przesada, okazał się wysoko zawieszonym kranem w drewnianej komórce, ale wystarczyło). Może zmienię stosunek do rikszarzy? Na stacji kupił mi bilet do Bhubaneśwar (kasjer w kasie lokalnej nie mówił po angielsku) i o kilka minut po 16-tej Puri pozostało już wspomnieniem.

 

Madras...