Szósta rano, za oknami zostało miasteczko Bardwan. Japończyk przeglądając mapę obwieścił, że właśnie minęliśmy Zwrotnik Raka. Cholera, nie zauważyłem, nigdy nie gapię się przez okno, kiedy trzeba. Dwie godziny później dojeżdżamy do Kalkuty. Na peronie pożegananie jakbyśmy znali się z 10 lat, i ruszam na poszukiwanie hotelu. Tu lekkie rozczarowanie. Ponad godzinę, z plecakiem na ramionach kręcę się wokół dworca i mostu Howrah, i wszędzie brak miejsc. Wracam na dworzec, na śniadanie. Zaczyna się robić gorąco, już się co prawda do tego przyzwyczaiłem, ale z plecakiem nie zajdę daleko. W Kalkucie nie ma rikszy motorowych, tylko taksówki. Żółte „ambasadory”, są ich tysiące, i są strasznie drogie. Dowiedziałem się już, że najwięcej tanich hoteli jest na Park Street, ale to dosyć daleko od dworca i kierowcy żądają nawet po 500 Rs za kurs. Z mapką z informacji turystycznej w ręku idę pieszo. Po przemierzeniu mostu Howrah, i po jakichś 3 kilometrach zrezygnowałem. Plecak ważył tonę, ulice ruchliwe, chodniki popękane i krzywe, co kilka metrów sterta śmieci. Zauważyłem jednak motoriksze, ale co z tego, jeżeli ich możliwość poruszania się po mieście jest bardzo mocno ograniczona. Kalkuta to wielkie miasto, i widocznie władze chcą utrzymać jaką taką przejezdność głównych arterii. Tysiące kłębiących się we wszystkich kierunkach małych pojazdów, sparaliżowałoby pewnie całe centrum. Nie wspominając o tym, ze lobby taksówkowe jest potężniejsze od rikszowego, a tu każda rupia jest na wagę złota. Łapię taksówkę i wykłócam stawkę 120 Rs. Zamiast na Park Street, szofer wiezie mnie do 5 gwiazdkowego hotelu „Park”. Taaa... Teraz za dowiezienie na właściwy adres zażąda wyższej ceny. Cholera by ich wzięła, czy oni naprawdę są tacy tępi, czy to taki rodzaj hochsztaplerki? Odwieczny dylemat, i to nie tylko w kontekście hinduskich rikszarzy i taksówkarzy. Wysiadam, i resztę drogi pokonuję pieszo, na szczęście to niedaleko. Ląduję w hotelu Green Star. Mikroskopijny pokoik bez okna, z łazienką - 250 Rs. Wielkie miasta są bardzo drogie i męczące, te duże odległości jakie trzeba pokonywać „na wyczucie”, aby gdzieś trafić. Nie sposób poznać całego miasta w dwa dni, a riksze przestają być tanie, kiedy jeździ się nimi kilka razy dziennie. Muszę sobie kupić Lonely Planet „India” jaki miała Magda.

Kosztował 8$. W Polsce taki sam kosztuje 20$. Mój hotel, podobnie jak dziesiątki innych, mieści się na granicy dzielnic „szklanych domów” i starych, prawdopodobnie pamiętających jeszcze kolonialne czasy, ceglanych kamienic, obecnie slumsów. Brukowanymi uliczkami przemykają wychudzone, bose sylwetki ciągnące pod pachami dyszle rikszy. „Miasto radości”. Zatrzymuję jednego i pytam, czy wie, gdzie jest schronisko Matki Teresy. Oczywiście, że wie. Żaden Hindus nigdy nie przyzna się, że czegoś nie wie. A już na pewno nie rikszarz lub taksówkarz. Będzie jeździł w kółko lub zawiezie cię do jakiegoś sklepu, gdzie ma prowizję od przyprowadzonego klienta. Widzę, że mój również biegnie bez przekonania. Znowu mam wyrzuty sumienia, bo facet ma może ze 35 lat, a wygląda jakby miał 60. Szkielet. Mógłbym przysiąc, że widzę białe kości prześwitujące przez brązową skórę. Ale inaczej przecież nie zarobi. Kupuję mu colę. Mimo, że to ja jestem tu obcy, nabieram pewności, że on nie wie, gdzie mnie zawieźć. Traci siły biegając bez celu po krętych, wąskich uliczkach. „Mother Teresa, charity" wyjaśniam mu jeszcze raz. Kiwa głową, ale widzę, że nic nie rozumie. Ręce mi opadają. Nagle dostrzegam dwie idące ulicą postacie sióstr w białych szatach. Wskazuję mu je, i po błysku w oczach poznaję, że teraz już zrozumiał. Teraz już biegnie szybko, sprawnie pokonując dziury w chodniku. Ponownie mijamy te same budynki i kierujemy się w przeciwną stronę. Domy z czerwonej cegły, poszarzałe z brudu, wyszczerbione, snujący się ulicami bez celu żebracy patrzą na mnie okrągłymi oczami. Nagle fragment śnieżnobiałej ściany, na samym środku obskurnego muru. W centrum białej plamy czerwona komunistyczna swastyka - sierp skrzyżowany z młotem i radziecka gwiazda. Pobielono kawałek budynku tylko po to, aby ten symbol zła i upodlenia prezentował się elegancko i efektownie. Co chwila zauważam kolejne, prawie każda rudera ma przynajmniej jeden fragment pomalowanej na biało ściany. Na nich „ołtarzyki” komunizmu. Tutaj, w tej nędzy, ta zaraza rozprzestrzenia się jak ogień. Mają farbę na wymazywanie głupot na ścianach, ale gdyby im kazać pomalować nią swoje domy, to pukaliby się w czoło i narzekali, że są na to za biedni. Inna sprawa, że ci którzy to wymalowali lub zapłacili za farbę, sami raczej głodni nie chodzą, ale zamiast wydać te pieniądze sensownie wolą ogłupiać biedotę, licząc na wyhodowanie sobie kolejnego pokolenia niewolników. Czy oni będą w stanie kiedykolwiek zrozumieć, że to właśnie socjalizm i jego pochodne prowadzą do nędzy? Chyba nie, czyli nie ma już dla nich ratunku. Na stalowym parkanie dostrzegam „faszystowską” swastykę. Na szczęście nie jest to graficzna ilustracja narodowego socjalizmu. Tutaj jest to symbol religijny, związany ze słońcem. Jesteśmy na miejscu. Płacę Hindusowi umówione 30 Rs, i krzyczy na mnie, że należy mu się więcej, tyle się przecież nabiegał. Co prawda w połowie niepotrzebnie, z powodu własnej niefrasobliwości, ale o tym dyskretnie nie wspomina, ani o tym, że postawiłem mu colę.

W murach budynku panuje pełna powagi cisza. Nie dociera tu gwar ulic, ani nawet łoskot tramwajów, a powaga podkreślona jest przytłumionym śpiewem modlitwy, dochodzącym gdzieś z górnych kondygnacji. Siostry Misjonarki Miłosierdzia w milczeniu prowadzą nielicznych turystów do mieszczącego się w dużej sali grobu Matki Teresy. Teraz nie ma tu już hospicjum dla trędowatych, tylko klasztor i muzeum. Pytam o pozwolenie na zrobienie zdjęcia, niechętnie wyrażają zgodę. Daję 200 Rs, i reszta posiadaczy aparatów również sięga do portfeli. Ile rozdałem żebrakom do tej pory? Muszę z tym skończyć, inaczej sam tu zostanę.

Mam dosyć rikszarzy i do hotelu wróciłem piechotą. Nie chcąc tracić pieniędzy na dojazd do stacji, zarezerwowałem bilety do Puri na jutro, na 18-tą z minutami, w biurze turystycznym przy hotelu - bardzo drogo 300 Rs. Powinienem to zrobić rano jeszcze na dworcu, kosztowałoby połowę taniej, ale zaabsorbowany poszukiwaniem hotelu zapomniałem. Za lekkomyślność trzeba płacić. W knajpie w naszej dzielnicy spotykam Koreańczyka z pociągu. Świat naprawdę jest za mały. Wylatuje jutro. Znów siedzimy do późnej nocy.

Następnego dnia rano, wybieram się pod katedrę św. Pawła. Dosyć daleko. Motocyklową rikszą dojeżdżam do ostatniej ulicy dozwolonej dla tych pojazdów. Dalej pieszo. Miałem ochotę porozmawiać z wielebnym Jamesem Steevensem, pastorem i opiekunem sierocińca. Oczywiście go nie zastałem, a katedra zamknięta. Uciekam przed słońcem do pobliskiego planetarium, pół godziny spektaklu, i pieszy powrót do hotelu. To było bardzo ambitne zadanie, z uwagi na odległość i stopień dokładności mapki z przewodnika, ale do pociągu miałem ponad 6 godzin. Udało się, trafiłem, po prawie czterech godzinach kluczenia po mieście. Niestety, nie wyszło to na dobre moim sandałom, podeszwa pękła w połowie. Prysznic i na dworzec.

Ledwo wyrobiłem się na pociąg. Wyszedłem z hotelu półtorej godziny przed odjazdem. Planowałem wziąć taksówkę, umówiłem się już nawet na niezłą cenę - 150 Rs. Niestety, po przejechaniu zaledwie 200 metrów utknęliśmy w jakiejś demonstracji. Patrzyłem z niepokojem na zegarek, godzina i 10 minut do pociągu, a tłum gęstniał z każdą minutą. Po kłótni z taksówkarzem - uważał że za te 200 metrów należy mu się połowa należności - z plecakiem na ramionach i językiem na wierzchu, przeciskałem się przez rozwrzeszczaną tłuszczę. Moja mapka z przewodnika nie obejmowała tej części miasta i kierowałem się zupełnie na oślep. Kiedy pytałem o drogę do dworca kolejowego, każdy wskazywał mi inny kierunek. Nawet policjant nie umiał wskazać drogi. Szczęka mi opadła. Udało mi się wydostać z rejonu demonstracji, i ponownie próbowałem złapać taxi. Niestety oddaliłem się od dworca i kierowcy podawali astronomiczne ceny, bez gwarancji, że znowu nie utkniemy gdzieś po drodze, starając się ominąć tłum. Nagle zorientowałem się, że znowu utknąłem, tym razem jednak w stadzie... owiec. Stado owiec w centrum miasta, naprzeciwko kolorowych witryn sklepów i banków! Pędzone przez grupkę chłoszczących je trzcinami mężczyzn, niezdarnie próbują utrzymać szyk. Każda ma na grzbiecie namalowaną czerwoną plamę. To chyba na wypadek, gdyby gdzieś z naprzeciwka ktoś pędził inne stado. Zawsze jest szansa, że będą miały plamki innego koloru lub nie będą oznakowane wcale. Wtedy się nie pomieszają, i każdy odróżni swoje. Bardzo praktyczne. Tego już było dla mnie za dużo, nawet jak na Indie i Kalkutę. Zdesperowany wepchnąłem się do pierwszego lepszego autobusu miejskiego. Pytam o dworzec. Kręcą głowami. Na następnym przystanku, palcem wskazują mi inny autobus. Wskoczyłem w biegu, i jadę wisząc na schodkach. Konduktor niczym w „Zmiennikach” Barei, po głowach ściśniętych pasażerów przeciska się inkasując za bilety. Aby wyjąć pieniądze (4 Rs.) muszę puścić poręcz przy drzwiach. Plecak wyciąga mnie na zewnątrz, i inni pasażerowie w tym czasie trzymają mnie za fraki zabezpieczając przed wypadnięciem (autobusy nie mają drzwi, ani szyb w oknach). Na dworcu jestem na styk. Cały mokry, ale tylko 4 rupie. To lekcja na przyszłość, tam gdzie tylko się da trzeba „rozkminić” system komunikacji miejskiej. Co prawda, z uwagi na panujący tam zawsze tłok „będzie bolało”, ale przynajmniej pozwoli  uniknąć kłótni z rikszarzami nie dotrzymującymi umów, no i będzie dużo taniej.

Próbuję przyzwyczaić się do górnej leżanki i nie bardzo mi to idzie. Może dlatego, że mam ponad metr osiemdziesiąt, i wciśnięty w niewiele ponad półmetrową wnękę między niebieskim materacem, a najeżonym wiatrakami sufitem odczuwam coś na kształt klaustrofobii. Do tego jeszcze ten plecak pod głową. Każda próba podniesienia się na łokciach grozi uderzeniem głową w sufit, lub co jeszcze gorsze, w okratowania terkoczących wiatraków. Z tymi wiatrakami to jakaś kara boska. Oczywiście w dzień, próba wytrzymania bez nich, to sport więcej niż ekstremalny. Kiedy staną na zaledwie pięć minut, człowiek robi się mokry w mgnieniu oka, pod wpływem samej tylko pracy mięśni klatki piersiowej w walce o łyk powietrza. Ale w nocy, niczym Mr. Hyde przemieniają się w zionące przenikającym zimnem potwory. Jeżeli jeszcze śpi się kilka centymetrów od nich, to katar (w najlepszym wypadku) murowany. I ten wiatr wiejący prosto w ucho z otwartego okna. Te okna zaspawane poziomymi, stalowymi prętami to też fajny patent. W razie jakiejś katastrofy, w  ilości których indyjskie koleje przodują w światowych statystykach lub pożaru, 90% pasażerów usmaży się żywcem, potem wystarczy już tylko wymieść popiół i truchło, pomalować i skład gotowy do dalszej jazdy. Można opuścić szyby, ale wymaga to zmagań z podwójnie oporną materią. Pierwsza to przedpotopowy system dźwigni i kołków, do podnoszenia i opuszczania okien, druga (bardziej oporna), to namówienie do tego reszty Hindusów. Wolą okutać się nieskończoną ilością koców, sari i prześcieradeł, niż zabezpieczyć organizm przed wyziębieniem tak prostackim sposobem, jak przymknięcie okna i przykręcenie wiatraka. Jakiś idiota zaczął w dodatku czytać hinduskiego „Times’a” i nie pozwala zgasić światła. Jedenasta w nocy, a temu się zebrało na pogłębianie intelektu. Jarzeniówka pół metra od mojej głowy świeci mi prosto w oczy, a wokół mnie, niczym myśliwce pikują setki przyciągniętych światłem muszek i komarów. Każdy kąsa znienacka, podstępnie i boleśnie. Przypominam sobie, że już ze dwa dni nie brałem Paludryny przeciwko malarii. Słychać miarowe uderzenia podkutych butów. Korytarzem przechadza się wojskowy patrol, pilnujący porządku i bezpieczeństwa pasażerów. Co kilka kroków zaglądają pod siedzenia i obmacują leżące tam torby i walizki. W razie wątpliwości bezpardonowa rewizja. Co prawda od kilku miesięcy nie słychać o bombowych zamachach w pociągach, ale przecież nie znacie dnia, ani godziny... Patrząc na ich uzbrojenie odczuwam mieszankę rozbawienia i szacunku. Jeden z nich ma na plecach karabin, lub raczej muszkiet, który wygląda jak ładowany jeszcze przez lufę zabytek z czasów królowej Wiktorii. Nowoczesne Uzi pod pachą drugiego usuwa wrażenie typowej tu prowizorki. Z drugiej strony, patrząc na lufę przedpotopowego muszkietu, próbuję sobie wyobrazić kaliber naboju. Wychodzi mi grubość i rozmiar czegoś w rodzaju baterii R-20. Takim pociskiem można pewnie poszatkować nosorożca. Na szczęście jeden z wojaków zgasił światło. Nareszcie.

 

Puri...