Długo nie pisałem. Jadę pociągiem do Kalkuty sam, bez Magdy. Rozdzieliliśmy się gdzieś w okolicy Sonauli (granica z Nepalem). Już w Delhi przypuszczałem, że to nastąpi. W Waranasi spędziliśmy noc w hotelu „Top Ganges” nad samym brzegiem rzeki (150 Rs. dwójka z łazienką). Wzdłuż całego miasta do Gangesu prowadzą schody (ghaty) na których odbywają się ceremonie pogrzebowe. Po tych schodach Hindusi zanurzają się w wartki obecnie nurt Gangesu, na rytualne kąpiele. Z uwagi na porę monsunową poziom rzeki jest wyższy o dobre dwa metry, i woda w kolorze kawy z mlekiem podmywa położone niżej domy. Przy brzegu, niedaleko miejsc gdzie odbywają się kremacje, owinięte w białe płótna i przystrojone girlandami z kwiatów ciała moczą się w rzece. Nie pomaga to zapewne w procesie spalania, ale to taki rytuał. Pływaliśmy po Gangesie wynajętą łodzią, to naprawdę kosztuje trochę nerwów. Samo patrzenie na ludzi zanurzających się w tej najbrudniejszej chyba na świecie wodzie, myjących w niej zęby, pijących ją, przyprawia o ścisk żołądka. Na myśl, że moglibyśmy się wywrócić i wypaść za burtę dostawałem gęsiej skóry. Modliłem się, żeby nasz wioślarz dobrze znał geografię nabrzeża, woda stała przecież wyżej niż zwykle, i wystarczył moment nieuwagi, aby zaryć w coś dnem łodzi blisko schodów. Kilka razy silny prąd znosił nas na środek rzeki nie pozwalając podpłynąć do brzegu, a potężne, jak na rozmiary naszej łodzi wiry, opływające wysunięte na kilkanaście metrów potężne filary elektrycznych krematoriów, rzucały nami, grożąc zderzeniem z dużą prędkością z jakąś ścianą lub kolejnym filarem. 

Domy klęczące nad Gangesem sprawiają przygnębiające wrażenie. Klęczące dlatego, że większość z nich to już kompletne rudery. Kiedyś w czasach swojej świetności były pewnie malowniczymi pałacykami nad rzeką, teraz czarne od sadzy, omszałe, straszą pustymi oczodołami po oknach. Na parterze, na ghatach, życie przeplata się ze śmiercią, ale piętra są puste i martwe. Takie przynajmniej sprawiają wrażenie, nie widać tam żadnego śladu życia, zresztą wyglądają tak ponuro i posępnie, że sama myśl o tym, że ktoś mógłby tam chociażby wejść trąci lekką perwersją. Niektóre z nich są pomalowane na krzykliwe kolory, być może tam, chociaż z zewnątrz tego nie widać, toczy się jeszcze życie, co wcale nie usuwa trupiego wrażenia. Przeciwnie, te poczerniałe i poszarzałe, zachowują jaki taki majestat i grozę, pomalowane wyglądają jak gołe czaszki w perukach, wypudrowane i wymalowane szminką. Po zwiedzeniu elektrycznego krematorium dla biedoty (na pogrzeb rytualny mogą sobie pozwolić obecnie tylko ci, którzy mają dostateczną ilość drewna na spalenie całego ciała, tak aby zmniejszyć zanieczyszczenie rzeki - stąd najlepszym sposobem na obejrzenie takiej ceremonii z bliska jest zaoferowanie kupna kilku kilogramów opału), spacerując z Magdą po ghatach natknęliśmy się na „masażystów”. Zaczynają od podania dłoni, potem jadą coraz śmielej, oczywiście mówią, że gratis, potem już rozkładana na ziemi mata i kompletny masaż całego ciała. Najgorsze jest to, że mają ręce myte w Gangesie i trą nimi po skórze naprawdę mocno. Ponieważ w dodatku miałem nogi i ramiona spalone słońcem na czerwono myślałem, że się wścieknę. W pewnym momencie miałem ochotę zerwać się z tej maty i zrobić gościowi własny masaż przy użyciu pięści, łokci i kolan. A Magda tylko stała z boku patrząc na moje tortury, i skręcała się ze śmiechu. Musiałem też zapłacić, przynajmniej „co łaska”. Zaraz potem wróciłem do hotelu, solidny prysznic i wszystko do prania. Taaaa... 

Rozmawiałem z Magdą o dalszej trasie, Stefan z siostrą jadą do Nepalu, ja planowałem do Kalkuty i stamtąd wzdłuż wybrzeża na południe. Magda jednak chciała jechać na Goa jak najszybciej, chyba umówiła się tam ze Ślązakami. Trochę się poprztykaliśmy i nie odzywaliśmy się do siebie pół dnia. 28.08 wieczorem, we czwórkę wsiedliśmy w autobus do Sonauli (170 Rs). Zdecydowaliśmy już, że się rozstaniemy, ale planowaliśmy jeszcze wspólny skok do Kathmandu. Tłukliśmy się całą noc, było strasznie ciasno, zaczął padać, a właściwie lać potworny deszcz. Rano byliśmy na granicy. Tropikalna ulewa, nie dawało się wyjść z autobusu. Mój parasol wystarczał w sam raz do osłonięcia plecaka i torby z aparatem. Po dotarciu pod wiatę, gdzie załatwia się formalności wizowe, wkurzyłem się sam na siebie. Magda z siostrą Stefana jeszcze tu nie dotarły, miały przyjechać spod autobusu inną rikszą, jak tylko deszcz zelżeje. Kiedy Stefan załatwiał swoją wizę, poznałem gościa, który właśnie uciekał z Nepalu. Prawie tydzień przesiedział w hotelu czekając na dzień bez ulewy, w końcu zrezygnował i jedzie w głąb Indii. Nie miałem ochoty powtarzać jego błędu, pożegnałem się ze Stefanem, i pod osłoną parasola wróciłem do autobusu. Niestety stały ich tam dziesiątki, i nie udało mi się już odnaleźć naszego, i pożegnać się z Magdą. Wskoczyłem do pierwszego, który zapuszczał silnik, i późnym wieczorem byłem z powrotem w Waranasi. Będzie mi trochę brakowało Magdy, zawsze to druga para oczu, teraz będę musiał radzić sobie sam, cały czas trzymać oko na plecaku, w pociągach i autobusach spać z otwartymi oczami. Jakoś sobie poradzę, ona na szczęście nie została sama, więc nie muszę mieć wyrzutów sumienia. Poza tym sama zaproponowała, żeby każde z nas pojechało swoją trasą. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy wyjeżdżając z Warszawy, ale trudno. Na dworcu zarezerwowałem bilet na następny dzień do Kalkuty (255 Rs). Gdy płaciłem, kasjer w okienku poprosił mnie o kwit poświadczenia legalnej wymiany dolarów. Byłem uprzedzony o tego typu praktykach, i po kilku minutach poszukiwań wyciągnąłem z plecaka adekwatny świstek, opiewający na kwotę 100$ po kursie 46.8 Rs, i uwalniający mnie od zarzutu walutowego sabotażu, i podstępnego rycia pod indyjską gospodarką. W Indiach bilety kolejowe kupuje się z przynajmniej dobowym wyprzedzeniem, gdyż pasażerów jest kilka razy więcej, niż miejsc w pociągach. Hotel „Top Ganges” był za daleko od stacji, więc nie mając przewodnika, zdecydowałem się zaufać rikszarzowi. Za 10 Rs. zawiózł mnie do oddalonego o niecały kilometr hotelu „Varuna” (250 Rs, dwójka z ciepłą wodą i telewizorem). Następnego dnia o 17-tej z minutami, wsiadłem w pociąg do Kalkuty. Bilet wskazuje datę 30.08. Nie mam kalendarza, ale po policzeniu dni wychodzi mi, że dziś powinien być piątek. To śmieszne, ale ta informacja nie jest mi do niczego potrzebna. Tu dni tygodnia nie mają znaczenia. Ulice i sklepy w niedzielę wyglądają tak samo, jak w każdy inny dzień, a na dworcach kolejowych, na peronach i do kas kłębią się tłumy, bez względu na porę dnia. Pewnie z tego powodu, pisząc nie zwracałem na to uwagi i nie dzieliłem tekstu codziennym wstawianiem dat. Na szczęście, mimo to, nie powinno być kłopotu z obliczaniem tego, po przejrzeniu tych notatek zauważyłem, że jak do tej pory, jakoś tam zawsze odznaczałem każdą kolejną noc. 

Dochodzi wieczór. W Kalkucie będę ok. 8-ej rano. Tym razem mam środkową „koję”. Rozmawiam z młodym Koreańczykiem. On już opuszcza Indie, z Kalkuty leci do Seulu. Widząc jak wiercę się z plecakiem pod głową, daje mi swojego małego podróżnego „jaśka”. Razem ze swoim kumplem (Japończykiem) częstuje mnie chińskim piwem (skąd oni je wytrzasnęli? niezłe) i chipsami. Normalnie, ze względów bezpieczeństwa nie przyjąłbym poczęstunku od obcych w pociągu i to na noc, ale do Japończyków mam zaufanie. Do późnej nocy gadamy o piłce nożnej. Obydwaj są pod wrażeniem gry polskiej reprezentacji (znali nawet nazwiska naszych piłkarzy) i zapewniają mnie, że awans na ich mistrzostwa mamy jak w banku. 

  

Kalkuta...