Rano
wychodzę na śniadanie na mieszczący się na dachu taras i zamieram. Na wprost
przede mną, oddalona o jakieś 300 metrów, błyszcząca w słońcu biała,
marmurowa kopuła Taj Mahalu, a wokół niej cztery zwieńczenia minaretów.
Resztę zasłaniają sąsiednie budynki. Siadam przy stoliku i chłopiec
hotelowy przynosi śniadanie. Biała herbata, grzanki i jajka sadzone z widokiem
na jeden z „cudów świata”. Nagle na poręczy balustrady, dwa metry od
mojego stolika ląduje małpa. Dosłownie spadła z nieba. To było tak
niespodziewane i gwałtowne, że o mało nie zleciałem z krzesła. Pewni
e
ma ochotę na moje śniadanie. Próbuję do niej podejść, ale prycha odsłaniając
zęby. Wychylam się za barierkę, i zauważam kilkanaście makaków skaczących
po ścianach przylegających budynków. Jeszcze raz staram się do niej podejść,
ale błyskawicznym ruchem wybija się do góry i wraca tam, skąd spadają małpy.
Ktoś, kto wcześniej ich nie zauważy i zostawi na chwilę swój posiłek na
stole, lekko się zdziwi...
Po śniadaniu wyprawa
do Taj Mahal. Agra to syfiaste miasto, takiego brudu to jeszcze chyba nie widziałem.
Właściwie każde nowe miasto w Indiach do jakiego przyjeżdżam, wydaje mi się
brudniejsze od poprzedniego, niezbyt to pocieszające. Ale tu jest Taj Mahal, aż
trudno uwierzyć, że stoi w centrum takiego śmietnika. Jestem wściekły bo
wiem już, że będę musiał wybulić te 20$, ale praktycznie po tu przyjechałem.
Moje marzenie o podróży do Indii zrodziło się właśnie z chęci zobaczenia
Taj Mahalu na własne oczy. Magda twierdzi, że nie zapłaci i zadowoli się
szczątkami widoku przez wrota bramy. Poznajemy właściciela pobliskiego
hotelu, i proponuje nam sposób na ominięcie idiotycznego i jawnie
rasistowskiego przepisu. Chodzi o to, że cena dla Hindusów wynosi 20 Rs, a dla
„białych” 20$. Proponuje nam, żeby kupić jeden bilet, wejść do środka,
zobaczyć co trzeba, wyjść i oddać bilet kolejnej osobie. Będzie on co
prawda przedarty, ale strażnikom przy bramie trzeba powiedzieć, że wyszliśmy
tylko na chwilę kupić butelkę wody, co przy panującym tu upale nikogo nie
zdziwi. No, no „Hindus a potrafi”. Pytam go, czy przypadkiem nie ma jakiegoś
Polaka w rodzinie, ale nie rozumie. Stefan uważa, że to dobry pomysł i warto
spróbować, jeżeli się nie uda to najwyżej jego siostra (jak ona ma na imię?)
kupi nowy bilet. Pytam Magdę, czy w razie gdyby nam się udało odda mi 10$.
Jest niezdecydowana. Hmm. Kupując bilet poznaję Japończyka. Szybko
dochodzimy do wspólnego stanowiska w kwestii indyjskiego Ministerstwa
Turystyki. Japończyk nie jest wkurzony tym, że ma zapłacić 20 dolców, bo
ich na to stać. Klnie dlatego, że traktowany jest gorzej od Hindusa, a Japończycy
są na tym punkcie bardzo czuli, gdyż sami uważają się za pępków świata.
Mimo to lubię ich. Zdążyłem już poznać kilku w Iranie i Pakistanie. Japończycy
wbrew okazywanej pozornie całemu światu wyższości są bardzo sympatyczni,
mają podobne do angielskiego poczucie humoru, i co najważniejsze, nie otwierają
ust bez celu
.
Wchodzę do ogrodu,
spełnia się jedno z moich marzeń. Taj Mahal jest niewiarygodnie piękny i
ogromny. Mimo, że dzieli mnie od niego zaledwie jakieś 150 metrów, to ludzie
przy nim w
yglądają
jak kolorowe mrówki. Najpiękniejszy pomnik miłości. Król Szachdżachan
postawił go ok. 1648 r. dla swej żony Mumtaz, zmarłej przy porodzie 14.
dziecka. Budowa trwała prawie 20 lat, i musiała pochłonąć chyba połowę
skarbca ówczesnego Królestwa Wielkich Mogołów. Szachdżachan chciał też
zbudować drugi,
tyle
że z czarnego marmuru, dla siebie, po drugiej stronie płynącej u stóp ogrodu
rzeki Jammuny. Dla jego najstarszego syna było to jednak za dużo, najwyraźniej
nie chciał zaczynać swojej królewskiej kariery od zmagania się z deficytem
budżetowym, i w kaftanie bezpieczeństwa odstawił tatusia do celi, w oddalonym
o jakieś dwa kilometry Czerwonym Forcie, z okien którego Szachdżachan mógł
jeszcze przez kilka lat sycić się widokiem swojego dzieła. Jego miłość do
żony nie była jednak tak twarda, jak marmury Taj Mahalu, gdyż zmarł podobno
na jakąś chorobę weneryczną, w ramionach nałożnic dostarczanych mu tam
szczodrze jako zadośćuczynienie za przeniesienie na przedwczesną emeryturę w
zakładzie zamkniętym.
Wnętrze grobowca
rozczarowuje. Szare, pokryte rusztowaniami. Remont. Na środku otoczony barierką
sarkofag, ale jak słyszałem to tylko „podpucha”. Prawdziwy grób księżniczki
mieści się podobno gdzieś w podziemnej krypcie. Po obu stronach Taj Mahalu
olbrzymie meczety z brązowego kamienia. Godzinami mógłbym tu siedzieć i sycić
się tym widokiem, ale trzeba się zbierać i dać szansę Magdzie. Okazuje się,
że niepotrzebnie wychodziłem, gdyż Magda gdzieś przepadła. W końcu wróciła
z „gdzieś” i dałem jej swój bilet. Hmm. Kilka minut potem udało mi się
wślizgnąć jeszcze raz na bilet Stefana, który po pół godzinie powędrował
do jego siostry...
Po opuszczeniu Taj
Mahalu, pojechaliśmy rikszą pod Czerwony Fort. Okazało się, że zwiedzanie
go jest niemożliwe, z powodu stacjonujących tam aktualnie żołnierzy. Przepędzają
nas sp
od bramy,
i jedziemy na drugi brzeg Jammuny, obejrzeć Taj Mahal od strony rzeki. Jest późne
popołudnie i może zostaniemy do wieczora, jeżeli będziemy
mieli szczęście, to załapiemy się na różowy zachód słońca na tle białego
marmuru grobowca. Podchodzimy do ogrodzonych siatką ruin fundamentów niedoszłego
„brata bliźniaka” Taj Mahalu. Zapada zmrok, ale niebo skąpi nam kolorów i
jesteśmy rozczarowani. Na brzegu rzeki znikąd, niczym duch, pojawia się
„dziecko nocy”. Za dwie godziny mamy nocny pociąg do Waranasi (200 Rs.).
Pierwsza noc w przedziale sypialnym drugiej klasy. Na noc podnosi się ruchome oparcie siedzeń, podczepia łańcuchami, i w ten sposób powstaje leżanka. Trzy miejsca do spania w każdym rzędzie. Dolne, w ciągu dnia służące za siedzenie dla pasażerów, środkowe po podwieszeniu oparcia, i górne pod samym sufitem, otoczone kilkoma zakratkowanymi wiatrakami. Większość podróżnych preferuje środkowe i górne, z uwagi na mniejsze prawdopodobieństwo utraty dobytku i możliwość odgrodzenia się od otaczającego chaosu. Wszystkie walizki i torby leżące na podłodze pod siedzeniami Hindusi przypinają długimi łańcuchami zamykanymi na kłódki. Mimo to wybrałem dolną leżankę, a plecak podłożyłem pod głowę. Utraciłem w ten sposób ok. 40% komfortu, ale kiedy spojrzałem na podłogę... nie, nie byłem w stanie zrobić tego swojemu plecakowi.
O szóstej rano byliśmy w Waranasi. Już na stacji powitał nas niemożliwy do opisania smród. Waranasi to miasto śmierci, tu dokonuje się dziesiątek, jeżeli nie setek kremacji dziennie, a prochy wrzucane są do Gangesu. Ale żeby aż taka siekiera i to od razu „na dzień dobry”?