New Delhi. Późny wieczór. Nie lubię tego chaotycznego poszukiwania hotelu. Zawsze podbijają cenę licząc na nasze zmęczenie. Teraz też, zapuszczając się w leżącą naprzeciwko dworca główną ulicę dzielnicy Pahar Ganji, mijamy jeden hotel po drugim. Tu za drogo, tu nie ma miejsc, tam trypel lub pokoje bez wody. Na szczęście na tej ulicy jest chyba z pół tysiąca hoteli. Lądujemy w Down Town Hotel. Mikroskopijne dwójki, ale czyste i z własnymi prysznicami - 200 Rs. Magda oczywiście proponowała powrót do tańszego o 70 Rs, i przypominającego schronisko dla bezdomnych narkomanów, ale tym razem nie ustąpiłem, robiąc użytek z gromadzącego mi się w takich chwilach testosteronu. Na szczęście chyba się na mnie nie obraziła. Aczkolwiek, już od pewnego czasu niespecjalnie się nam układa. 

Następnego dnia kręciliśmy się głównie wokół Connaught Place, reprezentacyjnej dzielnicy New Delhi. Kolorowe sklepy, banki, hotele, restauracje, biura podróży i filie linii lotniczych. Układ ulic przypomina kółka na tarczy strzelniczej, przecinane arteriami rozchodzącymi się promieniście z „10-ki”. Przylegające do ścian budynków marmurowe chodniki kończą się gwałtownie, przechodząc w zapiaszczone klepiska uwieńczone krawężnikiem jezdni. Ale w porównaniu do Pahar Ganji, to i tak Vegas. Przynajmniej nie ma pętających się wszędzie świętych krów. Magda wypatrzyła jakąś promocję w Mc Donald’s i jemy śniadanie. Po południu wrócimy na obiad za pół ceny. Rozdzielamy się, Magda idzie zwiedzać linie lotnicze w poszukiwaniu tanich lotów do Polski, ja w tym czasie zachodzę do knajpy na piwo. Kupuję „na wynos” i kelner patrzy na mnie jakoś dziwnie. Piwo „Kingfisher" jest drogie (70 Rs) i tragiczne, pędzone jakby z owoców, a nie z chmielu. Gubiąc się w plątaninie uliczek, pytam o drogę policjantów. Z miłym uśmiechem inkasują ode mnie 400 Rs, za picie  alkoholu w miejscu publicznym. Prohibicja. Chcą 500 Rs, ale opuszczają stówę, jeżeli zrezygnuję z pokwitowania. Taaaaaa... Welcome to India... Rikszą podjechałem pod „łuk triumfalny”. Chyba z 10 minut negocjowałem cenę, 70 Rs w obie strony. Rikszarze to mistrzowie „ściemniania”, potrafią udowodnić swoje prawo do kwoty trzykrotnie wyższej od ustalonej przed jazdą, i czasami takie sesje są bardzo denerwujące. 

Po kilku godzinach spotykamy się ponownie w klimatyzowanym przybytku spędzającym sen z oczu wszystkim oszołomom, „antyglobalistom” i innym "miłośnikom pokoju" spod znaku Che Guevary. Nie przepadam za jedzeniem z fast foodów, ale promocja jest bardzo korzystna. Dwa duże zestawy za niecałe 100 Rs. Magda już jest. Przedstawia mnie czterem chłopakom ze Śląska. Są w Indiach już ponad miesiąc, jadą jeszcze tylko na Goa na kilka dni, i wracają do Polski. Wieczorem zachodzimy na colę do innego Mc Donalds’a i ponownie wpadamy na Ślązaków i dwójkę nowych Polaków, Stefana z siostrą, której imienia nie mogę zapamiętać mimo, że przypominała mi chyba z 10 razy. Ślązacy opowiadają cuda o plażach w Goa i Magda się bardzo do tego zapaliła. Namawia mnie, byśmy tam z nimi pojechali. Muszę z nią porozmawiać, bo już dawno zauważyłem, że nasze wizje pobytu w Indiach coraz bardziej się rozmijają. Również mam ochotę odpocząć gdzieś nad błękitnym oceanem, ale nie od razu, i nie na oślep. Planowaliśmy objechać całe Indie dookoła i posuwając się wzdłuż linii brzegowej, z pewnością znaleźlibyśmy jakąś miłą przystań na wypoczynek. Ten kraj jest za duży, aby jechać gdzieś tak sobie, na wariata i później nadrabiać półtora tysiąca kilometrów wracając do innego miejsca, z powodu nieracjonalnego zaplanowania trasy. Ich towarzystwo też nie bardzo mi odpowiada. Chwalą się, że podczas swojego pobytu większość czasu przesiedzieli w Mc Donald’sach i w kinach. Co za kretynizm, to na Śląsku nie ma kin i barów szybkiej obsługi ? 

Kolejna noc. Dziś po południu jedziemy do Agry. Taj Mahal. Przyglądam się naszemu hotelowi i dziesiątce innych. Najwięcej pieniędzy idzie na urządzenie recepcji. Marmury, dyskretne oświetlenie. Gorzej z pokojami i łazienkami. Każdy kto był w wojsku, zna powiedzenie „sztuka”, zrobić coś „na sztukę”. Właściwie całe Indie to jedna wielka „sztuka”. Stare budynki pokryte cienką powłoką remontu, a gdzieniegdzie nawet przepychu, ale tylko tam gdzie sięga wzrok, bo zaraz za jakimś załomem muru polerowany marmur bez słowa przechodzi w obłupany, szarobury beton. Nowe, mimo że jeszcze błyszczące kafelkami i farbą i tak już mają w sobie jakiś pierwiastek ruiny. Nad ulicami bezładna plątanina kabli elektrycznych i telefonicznych, niewiarygodne jak to wszystko trzyma się kupy. Wszechpotężne „jakoś to będzie”. Od nas się nauczyli? 

Jesteśmy w pociągu do Agry. Mamy bilety bez miejscówek i konduktor każe nam się wynosić z przedziału „second class sleeper”. Na szczęście to jeszcze tylko jakieś 3 godziny, może „psim swędem” uda nam się zostać tu do końca. Chyba, że ktoś się zgłosi na swoje miejsca. Jednak konduktor każe nam dopłacić do miejscówek i cena biletu wynosi już razem 130 Rs. 

Rikszą spod dworca podjechaliśmy do hotelu w pobliżu Taj Mahal. To dosyć daleko, przynajmniej kilka kilometrów. Cud, że zapakowaliśmy się do jednej rikszy, cztery osoby (oprócz nas Stefan z siostrą) i cztery 80 litrowe plecaki. Dwa wystawały po pół metra z każdej strony. Kiedy jechaliśmy pod górkę myślałem, że motocyklowy silnik się zatrze. Jest noc, więc znowu nie grymasimy z wyborem hotelu (80 Rs. dwójka z łazienką). Usłyszeliśmy od recepcjonisty, że teraz za wstęp do Taj Mahal trzeba zapłacić 20$. Jeszcze nie wierzymy. Mimo późnej pory, wybieramy się zobaczyć jak to wygląda z bliska. Na ulicach nie ma oświetlenia i jest tak ciemno, że ledwo widać ziemię pod nogami. Dochodzimy do długiego, wysokiego muru. Za nim jest ogród i gigantyczny marmurowy grobowiec księżniczki Mumtaz Mahal. Wejście zamknięte na głucho i widać, że dobrze strzeżone. To znaczy, że nie ma innego wejścia, a więc z tymi 20 dolcami to pewnie prawda. Cholera. Podchodzi do nas wojskowy patrol, próbujemy pociągnąć ich za język, czy jest jakieś inne wejście, ale nie mówią po angielsku. Wracamy do hotelu. 

  

Taj Mahal...