Zaraz za bramą rzucają się na nas taksówkarze i rikszarze, żaden nie dopuszcza do siebie możliwości, że wybierzemy kogoś innego. Taksówkarze oferują oczywiście kurs do samego Amritsaru, zaklinając się na wszystkich możliwych bogów (co w Indiach jest szczególnie efektowne, z uwagi na ich ilość), że autobusy do tego miasta wyginęły razem z dinozaurami. Oferta motorikszarzy jest skromniejsza, jeżeli chodzi o dystans (do najbliższej wioski), ale już mniej skromna, jeżeli chodzi o cenę, tym bardziej, że to zaledwie ok. 2-3 km. W końcu wybieramy ostatniego w rzędzie, zepchniętego na sam koniec kierowcę rikszy rowerowej. Oni stoją najniżej w tej hierarchii, no z wyjątkiem rikszarzy pieszych, ciągnących swe pojazdy na bosych stopach, ale oni uchowali się już tylko w Kalkucie. Magda z żelazną bezwzględnością negocjuje stawkę 5 Rs. (rupii) od osoby. Rikszarz jest wściekły, ale zdesperowany brakiem klientów i się zgadza. Całą ławeczkę na rikszy wypełniają nasze plecaki i siedzimy jak na wielbłądzie. Patrząc na wychudzone ciało naszego rikszarza, naprężone do ostatnich granic pod mokrą od potu, brudną i podartą koszulą, odczuwam lekkie wyrzuty sumienia. Na pożegnanie dałem mu dodatkowe 10 Rs. (ok. 1PLN). 

Jesteśmy a Amritsarze, autobus z przygranicznej wioski Attari kosztował 12 Rs. Zatrzymaliśmy się w hotelu Tourist Guest House – 250 Rs za dwójkę z własną łazienką i ciepłą wodą. Ciepła woda to już prawie luksus, gdyż w Indiach, podobnie jak w Pakistanie, w hotelach tej klasy jest tylko woda zimna, ogrzewana jedynie słońcem. Do tego jeszcze kolorowy telewizor z 60 kanałową kablówką. Jedynym mankamentem są wszechobecne mrówki. Czy to w recepcji, w restauracji, czy w pokojach przemieszczają się kolumnami po stałych trasach wzdłuż futryn, krawędzi ścian i parapetów. Jak niekończące się czarne pociągi. W zasadzie są niegroźne i mało kłopotliwe, zbaczają ze swych tras jedynie zwabione zapachem jedzenia pozostawionego niefrasobliwie gdzieś w plecakach, na stole, lub łóżku. 

Po południu wybraliśmy się do Golden Temple (Złotej Świątyni). Amritsar to miasto sikhów, najbogatszej grupy etnicznej w Indiach, tacy tutejsi żydzi. Mistrzowie handlu z gęstymi brodami, w kolorowych turbanach. Chociaż to porównanie pasuje jedynie do ich zdolności kupieckich, sikhowie są bowiem spadkobiercami tradycji religijnych i kulturalnych, jakie narodziły się w Królestwie Wielkich Mogołów, potężnym państwie na północy subkontynentu, powstałym po podboju Indii przez muzułmanów w XV w. Za rządów króla Akbara (niezwykle tolerancyjnego i otwartego na obce wpływy - jak na muzułmanina) sporo Hindusów przeszło na islam, ale i do kultury najeźdźców przeniknęło sporo obyczajów hinduskich. Najłatwiej zauważyć to w architekturze (Taj Mahal i nie tylko). Wielu Hindusów wybrało islam ze względu na korzystniejszy system podatkowy, lub uciekło w ten sposób przed podziałem kastowym hinduizmu. Akbar osobiście próbował wykoncypować religię wspólną dla obu nacji, posiłkując się również chrześcijaństwem, ale opór muzułmańskiej elity zniweczył cały plan. Powstało wówczas wiele sekt, próbujących pogodzić surowy, monoteistyczny islam, z chaotyczną religią tubylców, czyli ogień z wodą. Ostatecznie jedna z nich, stworzona na początku XV w. przez niejakiego Nanaka (filozofa) uzyskała na tyle dużo wyznawców, aby w wieku XVII przekształcić się w zakon rycerski i po zakończeniu brytyjskiej okupacji zaznaczyć swą odrębność w sposób bardziej zdecydowany. Lata 80' ubiegłego wieku upłynęły pod znakiem zamachów terrorystycznych i walk z wojskami rządowymi, o oderwanie od Indii. Powstania były bezlitośnie tłumione i posadzki wokół Golden Temple nie raz spływały krwią. W 1984r. Indira Gandhi została zastrzelona przez jednego ze swoich ochroniarzy - sikha. Decydując się na wysłanie ekspedycji karnych do Pendżabu, nie wpadła na to, by staranniej dobierać sobie pretorianów. Teraz nie widać już śladów po kulach, ale zacięte i poważne twarze pod turbanami wyglądają jakby nadal knuły i spiskowały, bo że nie zapomnieli, to pewne. Nic dziwnego, że tylko oni mogli sobie pozwolić na wybudowanie świątyni pokrytej ponad 100 kilogramami złota. Zabrzmi to na pewno banalnie, ale widok jest rzeczywiście „zapierający dech w piersiach”. Nawet teraz, kiedy niebo jest bardziej szare, niż błękitne, ściany świątyni z prędkością światła wysyłają informację o potędze i bogactwie sikhów. Patrzeć na nią można tylko od strony nie odbijającej słonecznych promieni, inaczej grozi to przynajmniej chwilowym osłabieniem wzroku i bólem oczu. W powietrzu unosi się monotonna, jednostajna pieśń intonowana pewnie gdzieś wewnątrz. 

Magda ciągnie mnie do darmowej kuchni, gdzie obsługa świątyni wydaje posiłki pielgrzymom i biedakom. Wchodzimy do przyjemnie chłodnej sali. Na podłodze rzędami siedzą setki ludzi. Jaskrawość kolorów noszonych przez kobiety sari przyprawia o zawrót głowy. Siadamy na lepkiej od brudu macie, z nieufnością patrzę na swoją tacę błyskającą jeszcze kropelkami wody. Myta, czy tylko płukana? Lepiej nie wiedzieć. Dostajemy kilka placków chapati i po chochli jakiejś burozielonej mazi. Do tego blaszany kubek z wodą. Na szczęście na podłodze obok mojej nogi leży jeszcze pokryta szronem butelka mineralnej. Jestem wściekły na Magdę, bo wcale nie jestem głodny, po za tym ceny żywności w Indiach są dla nas na tyle przystępne, abyśmy nie musieli stołować się w jadłodajniach dla żebraków zabierając im porcje, i w dodatku ryzykując naszymi nie nawykłymi jeszcze do takich warunków żołądkami. Czuję się głupio, bo wiem, że powinienem chociaż spróbować, w końcu darowanemu koniowi i tak dalej... Chapati raczej nie stanowi zagrożenia, odrywam kawałek i maczam w sosie. Nie wiem, bo nigdy nie jadłem, ale tak chyba smakuje szpinak, nawet barwa się zgadza, tyle że to bardzo ostry szpinak. Krzywię się i dopiero pod wpływem wzroku siedzącego naprzeciwko nas staruszka zakładam maskę przepełnionego błogością uśmiechu. No tak, ja tu grymaszę a przecież dla większości tych ludzi jest to jedyny dziennie posiłek na jaki mogą liczyć, jadany od dziecka. Picie wody z kubka nie wchodzi w rachubę. „Szpinak” jest tak ostry, że zanim zmęczyłem połowę, w mojej butelce pokazało się dno. To już koniec, bez popychacza nie da rady. Wychodzę z ulgą. Mam nadzieję, że nie będę musiał robić użytku ze swoich tabletek przeciwbiegunkowych.  

Wracamy do świątyni. Ocienionym pomostem wchodzimy do środka. Nie wiem, czy nam wolno, ale nikt nie zwraca na nas uwagi. Dominują dwa kolory, złoty i czerwony. Wierni tłocząc się siedzą w kółeczku wokół kapłanów intonujących modlitwę. Schodami wchodzimy na galerię na piętrze. Stąd jest wspaniały widok na całe wnętrze, ale nie mam odwagi wyjąć aparatu. Wychodzimy. Za wcześnie na powrót do hotelu, proponuję poczekać do wieczora. Podświetlone złote ściany na tle czarnego nieba, to musi być dopiero widok... 

Kupujemy dziesiątą chyba tego dnia colę. Oryginalna 11 - 15 Rs, podrabiana - „Thumb’s up” 5 Rs. Magda proponuje kupić bilety na pociąg do Delhi. Z tymi biletami było trochę cyrku, gdyż najpierw kupiliśmy „second class sleeper” na jutrzejszą noc i dopiero pod wpływem perswazji właściciela kafejki internetowej, zamieniliśmy je na pociąg około południa. Nastraszył nas, że nocą w tych pociągach odbywają się horrory i na pewno zostaniemy w najlepszym wypadku okradzeni. Druga klasa (no sleeper) 120 Rs.

Wieczorem wracamy do świątyni. Widok jak z bajki Sindbada. Dostojne postacie w turbanach, strażnicy z toporkami i złoty pałac na wodzie. Patrząc na ten niesklasyfikowany „cud świata” ubolewam nad swoim kalectwem językowym. Pożerając wzrokiem ten widok z opowiadań 1001 nocy, nie potrafię go opisać, kompletna pustka w głowie. Większość turystów odwiedzających Indie, przybywa tu samolotami. Lotnisko w Delhi, Agra i Taj Mahal, Waranasi, Bombaj, plaże gdzieś nad oceanem. Ale Amritsar leży zaraz przy granicy pakistańskiej, „end point”, to nie jest miejsce, które można odwiedzić „po drodze”, tu można trafić tylko docelowo, co przy sporych dystansach jakie trzeba pokonywać w tym olbrzymim kraju, nie przysparza miastu popularności. Nieszczęśnicy, nawet pewnie nie wiedzą, co tracą. Co innego my, ubodzy turyści z Europy wschodniej, podróżujący lądem (może nawet nie tyle z oszczędności, gdyż cena biletu lotniczego niewiele odbiega od naszych kosztów, ale nam się jeszcze chce zdobyć na taki wysiłek, co dla Francuza, Anglika lub Niemca jest już nie do pomyślenia), dla nas Amritsar jest bramą do Indii i minięcie go jest niemożliwe. To jak nagroda za wszystkie trudy dwutygodniowej jazdy i pokrzepienie przed tym, co jeszcze przed nami. 

Do hotelu wróciliśmy późno. Jak zwykle nie obyło się bez kłótni o ciepłą wodę. Dopiero po trzeciej interwencji i groźbie opuszczenia hotelu właściciel potraktował nas poważnie i włączył ogrzewanie. Na kolację ananas za 20 Rs. Patrząc na kursujące po ścianach czarne pociągi nie odważyłem się zostawić w pokoju resztek niedojedzonego owocu. Zasypiałem licząc mrówki. 

Rano śniadanie w hotelowej restauracji, pakowanie plecaków, poczta i pół do drugiej pociąg do Delhi, gdzie powinniśmy być około 21-ej. W ciągu dnia, dystans gdzieś do 18 godzin można jeszcze pokonywać drugą klasą (no sleeper). Godzin, gdyż przemierzając ten olbrzymi kraj praktyczniej jest odmierzać odległość czasem. Za oknami niekończące się równiny, co jakiś czas urozmaicane majaczącymi gdzieś w oddali konturami lasów i ubogich chatek. Pierwszy raz jadę indyjskim pociągiem, i ciągle jeszcze jestem „pod wrażeniem”. Nie jest to doświadczenie tak bolesne jak w Pakistanie, jestem wypoczęty a i dystans jest krótszy. Na szczęście nie ma tego uciążliwego podziału miejsc, i nie trzeba się martwić, aby niechcący nie usiąść koło obcej kobiety. Na każdym postoju, niezależnie od tego, czy na stacji, czy pod semaforem do pociągu wpadają handlarze taszczący w torbach, koszach, dzbanach i na wózkach sterty jedzenia. Gorąca herbata i kawa z termosów, zupy, chapati, owoce. Osobna kategoria to sprzedawcy zabawek, zegarków, grzebieni i kosmetyków, cały pociąg zamienia się na kilka minut w jeden wielki bazar. Ceny oferowanych przez nich przysmaków są niższe, niż u obsługi pociągu. Kubek herbaty(4-6 Rs) lub kawy roznoszonej przez „stewardów” jest o 1-2 Rs droższy i mniejszy. Z uwagi na kurs 1$ = 45 Rs, różnica wydawała mi się śmieszna, ale po wypiciu 5 kubków w ciągu niecałych dwóch godzin, zmieniłem zdanie. Przede mną jeszcze ok. 10 000 km po Indiach, ile to dni i nocy, ile kubków herbaty? Szokuje różnorodność pasażerów. W odróżnieniu od jednakowych i najdelikatniej mówiąc, mieszczących się w przedziale niższego statusu majątkowego Pakistańczyków, tu obok siebie siedzą półnagi, bosy i nie wiadomo kiedy ostatnio kąpany sadhu (święty mąż), ulizany kilogramem żelu, ze złotymi oprawkami okularów, w nienagannym garniturze i z czarnym neseserem urzędnik lub biznesmen i wreszcie kobiety, zarówno te we „fluorescencyjnych” sari, jak i te „wyzwolone” w niebieskich jeansowych mundurkach. Czasami po podłodze przemknie na czworakach mały, prawie nagi chłopiec, niemiłosiernie brudny, własnymi rękami zamiatający zaśmieconą wszelkimi odpadkami podłogę. Kiedy skończy, brązowymi oczami błaga o kilka rupii, wyciągając w naszym kierunku wychudzone, czarne i klejące od brudu ręce. Już nas widzi i nie odpuści, bo jesteśmy biali, a biali są przecież milionerami. Dziecko ciągnie mnie za nogawki spodni powtarzając co chwila „please, please”. Nie potrafię się zdobyć na odpędzenie go i wciskam mu 2 rupie, i kilka bananów, na które nie mam już ochoty. Siedzący wokół nas Hindusi odwracają wzrok, i malec widząc to nawet do nich nie podchodzi. Jeden z nich strząsa na „posprzątaną” przed chwilą podłogę resztki jedzenia ze swojego termosu. To tutaj typowe zachowanie. Oni nie znają instytucji kosza na śmieci. Wszystkie odpadki, kubki po herbacie, tacki lądują na podłodze lub za oknem. Spacerując ulicami Amritsaru z niedowierzaniem patrzyłem na zalegające wszędzie sterty śmieci. Takiego syfu nie widziałem nawet w Quetcie. Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że Amritsar nie stanowi pod tym względem żadnego wyjątku, i tak wyglądają ulice wszystkich miast w Indiach. No, może gdzieś w ścisłych centrach, w okolicach wieżowców zagranicznych koncernów i banków panuje jaki taki porządek, ale większość ulic tonie w śmieciach. Hindus skończywszy czyścić termos pogardliwie spogląda na malca klęczącego pod siedzeniami kilka rzędów za nami. To właśnie po takich jak on, sprzątają te małe dzieci nie mające najczęściej rodziców ani domu. Ta praca, czyszczenie pociągów w zamian za wyżebrane kilka rupii lub jedzenie pozwala im przeżyć. Niektóre z nich mają przynajmniej skręcone z kilku rachitycznych gałązek miotełki, ten musi to robić własnymi rękami. Za oknem pojawia się betonowy szkielet jakiegoś ogromnego, niedokończonego w połowie budynku. Już na pierwszy rzut oka widać, że prace nad nim porzucono  bardzo dawno temu. Dookoła walające się w promieniu kilkuset metrów resztki sprzętów i materiałów budowlanych. Rozbabrane hałdy ziemi i piasku, do połowy porośnięte już chwastami. Martwy przed urodzinami. Ruina jeszcze przed ukończeniem. Gigantyczna i niepotrzebna inwestycja, która musiała kosztować majątek. Klasyczny przykład bezmyślnej głupoty w kraju, gdzie ponad połowa ludności jada raz dziennie. Jak się okazuje nie tylko jeden. Chwilę po tym mijamy jeszcze kilka takich. Pomniki czyjegoś niewyobrażalnego kretynizmu. Patrzymy z Magdą z niedowierzaniem. Do wagonu wkracza, kuśtykając na powykręcanych nogach żebrak, śpiewając coś obłąkanym głosem. Kończą mi się drobniaki, a on nie zostawi nas w spokoju. Indyjski pociąg jest jak cyrk, tu ciągle się coś dzieje. 

  

New Delhi...