Wyprawa lądem do Indii, sierpień – październik 2001

Taka podróż chodziła mi po głowie już kilka lat, ale nigdy jakoś nie było okazji... W końcu zmobilizowałem się i oto mogę przedstawić ten zapis podróży. Na początku miał to być regularny dziennik, prowadzony wzorowo z dokładnymi datami lub nawet godzinami, tak się wtedy łudziłem. Wydawało mi się to szalenie proste, w podróży będzie mnóstwo czasu na robienie notatek, z samych nudów spędzając kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin w autobusach i pociągach, ręce same sięgną po pióro i zeszyt... Niestety nie ma tak łatwo, nie przewidziałem tego, że wcale nie będę się aż tak bardzo nudził, i że czas poświęcany poznawanym współtowarzyszom podróży zmusi mnie do późniejszego chaotycznego uzupełniania notatek po upływie nawet kilku dni, i czytelnik bardzo szybko zorientuje się, że tekst nie jest do końca spójny, występuje rozbieżność w czasie narracji, niekiedy jest to czas teraźniejszy, a niekiedy przeszły – wtedy, kiedy notatki uzupełniane są po czasie. Niekiedy opis jest bardzo dokładny, z dużą ilością szczegółów, niekiedy tylko krótka informacja, gdzie i co. Ważne jest tylko, że tekst nie był cenzurowany post factum, tzn. nie poprawiałem brudnopisu, nawet wtedy, gdy coś zostało napisane pod wpływem jakiegoś silnego wrażenia i później po upływie pewnego czasu miałem ochotę nieco to „utemperować”, zmieniając zdanie co do pierwszego, być może mylnego odczucia. Oczywiście jest kilka dopisków, które wstawiłem, będąc już mądrzejszym o wiedzę o zakończeniu wyprawy, co nie zmienia faktu, że przepisałem wszystko, co zostało napisane w brudnopisie. Jeżeli więc niekiedy moje reakcje na coś mogą się wydać przesadzone lub nawet zbyt nerwowe, czy jak mi to ktoś powiedział histeryczne, to są one przecież odzwierciedleniem tego, co wtedy na bieżąco czułem i myślałem, więc późniejsze zmienianie tego pod wpływem naturalnej obawy przed zrobieniem z siebie idioty, byłoby nieuczciwe w stosunku do potencjalnego czytelnika. Pomoże to także wyczuć klimat tego, czego nie potrafiłem opisać, poza tym w końcu, jak to mówią, moje błędy świadczą o mnie. Nie chcę przez to powiedzieć, że teraz zmieniłem zdanie, co do większości jakichś zawartych tu subiektywnych ocen, po prostu proszę o trochę wyrozumiałości tam, gdzie się ze mną nie zgodzicie... 

Mam w związku z tym nadzieję, że żadna z wymienionych tu osób zaczynając od Magdy, nie poczuje się urażona tym, co napisałem i co przedstawiam bez ugłaskiwania. Pozdrawiam wszystkich, którzy niniejsze notatki przeczytają i mam nadzieję, że razem ze zdjęciami uda mi się przekazać, chociaż tysięczną część tego, co sam zobaczyłem... 

Magdę poznałem dwa dni przed wyjazdem. Moje ogłoszenie na internetowej liście dyskusyjnej od kilku tygodni pozostawało bez odpowiedzi i kiedy już byłem psychicznie przygotowany na samotność, odebrałem list od dziewczyny, która też chciała pojechać do Azji. 

  

9 SIERPNIA (CZWARTEK) 

rano spotkaliśmy się na Dworcu Centralnym w Warszawie (Magda przyjechała z Gdańska) i 10 godzin później o 18.25 wsiedliśmy do pociągu jadącego do Łodzi Fabrycznej, skąd o 19.51 odprawiliśmy się do Katowic. W Katowicach byliśmy o 22.25 i osiem minut potem siedzieliśmy już w pociągu do Jarosławia. Podróż była spokojna, jeżeli nie liczyć zamieszania, jakie wywoływały nasze 15 kilogramowe plecaki i zmagań Magdy z hamburgerem, który jakimiś tylko sobie znanymi sposobami omijał jej usta, rozsypując się na tysiące kawałków pomidora, ogórka i tego, z czego składają się hamburgery, przyozdabiając bluzkę Magdy w kolorowe, postmodernistyczne wzorki. Byliśmy trochę podnieceni perspektywą tej długiej podróży i co chwila powtarzaliśmy szczegóły planu. Musiało to wyglądać strasznie głupio lub śmiesznie, para nawiedzonych zapaleńców w pociągu Katowice - Jarosław, rozwijających mapy, przerzucających kartki przewodników i mówiących do siebie jakiś dziwnym językiem o egzotycznych państwach i miastach leżących „gdzieś tam”. Ludzie patrzyli na nas ukradkiem zdziwieni i chyba tylko przez delikatność nie pukali się w czoło. W Jarosławiu byliśmy o pół do czwartej nad ranem i przed sobą mieliśmy dwie godziny oczekiwania na pociąg do Przemyśla. Dworzec w Jarosławiu to wzorcowy przykład architektury realnego socjalizmu (po stylu zgaduję, że powstał na przełomie epoki Gomułka  -  Gierek). Pseudo monumentalny rozmach połączony z prawie zerową funkcjonalnością. Aby odnaleźć toaletę (szczególnie w środku nocy, kiedy nie ma tam żywego ducha) trzeba obejść cały gmach dookoła, zaś poczekalnia na parterze posiada tylko jeden rząd ławek. Ktokolwiek chce przysiąść na kilka minut, musi targać cały bagaż po schodach na górną poczekalnię, gdzie na szczęście ławek jest już pod dostatkiem. Bezsensowne rozplanowanie skromnej galeryjki handlowej wokół górnej poczekalni (brak sklepu spożywczego, jest za to punkt naprawy sprzętu elektronicznego! XXI wiek) dopełnia reszty. Jak na gmach z betonu i szkła przystało, popękane i nigdy nie umyte szyby w oknach poklejono plastrem, a ich konstruktorom nawet się nie przyśniło, aby można było je otworzyć i wpuścić odrobinę świeżego powietrza. Jest tu z nami grupka około 15 „jeżogłowych” młodzieńców, dosyć hałaśliwych, chociaż jak wynika z używanego przez nich języka raczej inteligentnych i chyba niegroźnych. Wygląda na to, że też jadą do Rumunii przez Suczawę, ciekawe czy wystarczy biletów dla wszystkich? Magda rozłożyła się na ławce z plecakiem pod głową i śpi. W końcu wiedziony nosem znalazłem toaletę (nie było to proste, gdyż na dworcu panował mikroklimat wybitnie sprzyjający lewitacji przedmiotów wykonanych z drewna i stali) i po umyciu się, zrelaksowany przystąpiłem do pilnowania plecaka, który w tym momencie leżał już za plecami Magdy (kiedy szedłem do łazienki spała przodem do plecaka). Krótko ostrzyżeni młodzieńcy na szczęście się nami nie interesują. 

Kilkanaście minut po szóstej, pociąg z piętrowymi wagonami dowiózł nas do Przemyśla. Niestety, już kiedy jechaliśmy pociągiem zaczęło padać i kilkadziesiąt metrów od stacji kolejowej do dworca autobusowego pokonaliśmy sprintem przeciskając się przez tłum szukający schronienia przed ulewnym deszczem. 

Z Przemyśla wyjechaliśmy po pół do ósmej. Bilety kupiliśmy cudem. Okazało się, że miejsca na autobus Przemyśl - Suczawa trzeba rezerwować z kilkudniowym wyprzedzeniem. Facet w okienku powiedział, że naszą jedyną szansą jest absencja tych, którzy zarezerwowali bilety. Nie byliśmy też jedynymi, którzy chcieli załapać się na ten autobus. Rumuński kierowca - o dziwo nie był skłonny do wzięcia łapówki, jak się potem okazało bynajmniej nie dlatego, że zamierzał ubiegać się o stanowisko honorowego prezesa Transparency International, po prostu cały autokar był do ostatniej szpilki wypchany paczkami i tobołkami, także pod i między siedzeniami i nawet pasażerowie z biletami musieli siedzieć skuleni z podkurczonymi nogami. Szczęście nam dopisywało, nie wiadomo czy to z powodu ulewy, ale kiedy godzina odjazdu wybiła a kilka foteli pozostało pustych, rzuciliśmy się na kierowcę, który niczym makler na giełdzie rzucał biletami w gąszcz  wyciągniętych rąk. Kolejna lekcja socjalizmu, zamiast uruchomić dodatkowy autobus - chętnych wystarczyłoby, aby zapełnić cały, tym bardziej, że podobno sytuacja ta nie należy do rzadkości - "zdecydowało" się na system kartkowy. 

Deszcz przestał padać i wyszło słońce. Autobus nie posiadał klimatyzacji, albo kierowca o niej nie wiedział i nasze przemoczone ubrania, wilgotne fotele oraz zaczynający się upał, dawały przedsmak najbliższych kilku - tak się wtedy łudziłem, godzin w autobusie. A przecież to zaledwie niecałe 500 km, podczas gdy przed nami jeszcze 20 razy tyle! 

W Medyce (granica z Ukrainą) byliśmy około 9.00 i zaczęły się zgrzyty. Kierowca zażądał po 5$ od łebka - 3$ na przymusowe ukraińskie ubezpieczenie, tzw. „strachowka” i 2$ na łapówkę dla celników, aby szybko odprawili nasz autobus, bez okazywania specjalnej ciekawości. Wkurzyłem się. Mam własne zdanie na temat celników, podatków i innych tego typu postępowych wynalazków, i kiedy ktoś próbuje okradać mnie jeszcze z taką bezczelnością, wpadam w szał. Zwymyślałem kierowcę (trochę kumał po Polsku) i powiedziałem, że nie zapłacę. Magda, która do tej pory uważała mnie pewnie za wcielenie aniołka w ludzkiej skórze słuchała zdegustowana mojej prelekcji, ale też powiedziała, że nie zapłaci. Mój bunt znalazł zrozumienie u kilku innych pasażerów i kierowca nieco łagodniejszym tonem zaczął tłumaczyć, że to nie jego wymysł, i że to naprawdę konieczne, bo inaczej (kolejka do odprawy była spora) będziemy stali tu bardzo długo. Powiedziałem, że mogę zapłacić 2$ łapówki dla „pasożytów”, ale ubezpieczenie mam prywatne (Gerling), na wszystkie kraje świata i nie zamierzam wchodzić w jakikolwiek kontakt z ukraińskimi zdobyczami socjalizmu w postaci „bezpłatnej służby zdrowia” i jej pochodnymi. Krótko ostrzyżeni młodzieńcy również nie wykazywali specjalnego entuzjazmu, żeby płacić 5$ „frycowego”, ale mieli to już chyba dobrze „obcykane” i poprosili, aby jednak zapłacić, gdyż na to naprawdę nie ma sposobu, a kierowca obiecał coś wytargować. Stanęło na tym, że w końcu dostaliśmy po 2$ z powrotem i przejechaliśmy granicę dwie godziny później, a więc dosyć szybko jak na ilość oczekujących samochodów. 

Prawdziwą lekcję pokory odbyliśmy dopiero na granicy ukraińsko - rumuńskiej, gdzie zawinęliśmy po długich mękach około godziny 18-tej (w autobusie było naprawdę gorąco i ciasno, cały tył zajmowały poukładane aż pod sufit plecaki, na których siedzieli dwaj kolesie kierowcy, a ponieważ plecaki co chwila zsuwały im się na plecy, wyżywali się na nich butami - niewiele brakowało do następnej awantury, ponieważ chcąc ochronić swojego Canona przed deszczem  schowałem go w plecaku). Wyjazd z Ukrainy był prawie pusty, cztery samochody osobowe i autokar. Teoretycznie można je było odprawić w pół godziny (tyle to w rzeczywistości trwa), ale celnicy nie wykazywali nadzwyczajnego zapału do pracy. Dłubiąc w zębach i w nosie na przemian, snując się „donikąd”, obojętnie mijali znudzonych kierowców siedzących w samochodach pootwieranych na przestrzał, i z trudem ukrywających irytację i zdenerwowanie. Kiedy już do wszystkich dotarło, kto tu jest najważniejszy, i kto przed kim powinien bić pokłony, celnicy najwidoczniej znudzeni nudzeniem się przystąpili do pracy, o ile to można nazwać pracą... Zaczęła się komedia porównywania twarzy ze zdjęciami w paszportach. Piszę komedia, gdyż nie odbyło się to jak zazwyczaj szybko i sprawnie w autokarze, ale w budynku przejścia granicznego, gdzie zostaliśmy zaprowadzeni, aby tam, w tej świątyni urzędniczej władzy, groźne miny celników uzyskały godną tej ceremonii oprawę. Ponieważ jednak część pasażerów stanowili owi wygoleni młodzieńcy, ubrani dodatkowo w paramilitarne wdzianka, celnicy mieli dodatkową zabawę przenosząc wzrok z prawie jednakowych twarzy, na zdjęcia pochodzące prawdopodobnie jeszcze z komunii lub poprzedniego długowłosego wcielenia. Swoją drogą ciekawy jestem, co to za jedni? Wyglądają na jakąś grupę skinów, tudzież innych socjalistów narodowych, noszą się po wojskowemu, mundury khaki, o swoim „herszcie” mówią per „dowódca” lub „komendant”. Coś mi tu jednak nie pasuje, ich zachowanie, język, którego używają dowcipny i inteligentny odbiega od wizerunku zadymiarzy, szukających tylko jakiegoś murzyna lub żyda do zglanowania.  

Po godzinie tej zabawy znaleźliśmy się po stronie rumuńskiej. Rozpoczął się następny akt komediodramatu. Raz kazano nam wysiąść z autokaru, to za chwilę wsiąść z powrotem. Ponieważ wyjście zatarasowane było stertą plecaków, każdy taki manewr wywoływał niesamowite zamieszanie, nikt też nie miał ochoty torturować kręgosłupa niepotrzebnym siedzeniem w rozgrzanym autobusie, tym bardziej, że nie wiedzieliśmy, jak długo będziemy tam czekać. Zaczęło się całkiem niewinnie, zebranie paszportów, krótkie oględziny autobusu i kiedy już mieliśmy nadzieję na rychłe opuszczenie tego przybytku urzędniczej potęgi, w celników wstąpił Belzebub i nastąpił popis biurokratycznych możliwości. Ponownie, po raz nie wiem który, kazali nam opuścić autokar, powyjmować bagaże z luków i wnętrza pojazdu. Było tego sporo, gdyż większość pasażerów stanowili młodzi ludzie z 80 litrowymi plecakami, do których podpięte były karimaty i inne tobołki drobniejszego płazu. Drugie tyle stanowiły jednak pakunki przewożone przez kierowcę i to pewnie one były przyczyną irytacji celników. Kazano nam ustawić się rzędem razem z bagażami i zaczęło się patroszenie każdego plecaka osobno.  Autokar stał dosyć daleko od latarni i było na tyle ciemno (po 23.00), że sam kilka razy potknąłem się o jakiś plecak pod nogami. Świadczyło to o tym, że nie spodziewają się niczego znaleźć, ale pokazanie swojej wszechwładzy najwidoczniej musiało im sprawiać prawie orgazmiczną satysfakcję. Po kolejnej godzinie tego przedstawienia zostaliśmy odpędzeni od autokaru, który teraz już w świetle lamp poddany został dokładnym oględzinom, o ile zauważyłem, ze zdejmowaniem kół włącznie. Nie wiem, co było w paczkach przewożonych przez kierowcę, ale w końcu wróciły do autobusu i wypakowano je dopiero po przekroczeniu granicy. My tymczasem zostaliśmy zapędzeni pod siedlisko rumuńskich pasożyt... pardon, tzn. celników i zaczęły się przymiarki do kontroli osobistej połączonej z przesłuchaniami. Gdzie jedziemy, po co, na jak długo, ile mamy pieniędzy? Poznaliśmy kilku chłopaków spod Zakopanego i okolic, którzy jechali w rumuńskie góry i zaczęliśmy się naradzać, jak odpowiadać na pytania celników o ilość posiadanych pieniędzy. Ja miałem około 1000$ gotówką, zaszyte w wewnętrznej kieszeni spodni, ale nie zamierzałem się tą wiedzą dzielić ze złodziej... pardon, celnikami. Nie znam dokładnie tutejszych przepisów i chociaż jestem raczej pewien, że dozwolonego limitu nie przekraczam, to mogę się założyć, że jakieś tam paragrafy na pewno pozwalają na „bratnią pomoc” w dokonaniu wymiany określonej kwoty na walutę rumuńską, nie wspominając o „dobrowolnych ubezpieczeniach” większej sumy nawet, jeżeli mieści się w dozwolonej wysokości. Magda miała część pieniędzy w gotówce i część w czekach i też nie była pewna, czym się okazać. Tymczasem powód do zmartwień był zupełnie odwrotny, celnicy uznali, że część pasażerów nie posiada dostatecznej ilości pieniędzy na pobyt w Rumuńskiej Republice Dobrobytu! Byliśmy więc potencjalnymi kandydatami na żebraków, którzy na pierwszym lepszym dworcu zaczną podtykać przechodniom pod nos tekturowe pudełka. Ponieważ celnicy sprawiali wrażenie nieprzejednanych, musieliśmy się dyskretnie złożyć na dwóch chłopaków (tych spod Zakopca), aby mieli wymaganą kwotę (ok. 300$). Kiedy i ten cyrk dobiegł końca, rozłożyliśmy się na plecakach i karimatach wokół niewielkiego trawnika przy szlabanie, oczekując na przyjazd naszego autokaru, który w tym czasie został rozłożony chyba na śrubki. Magda gdzieś się zapodziała, więc z nudów nawiązałem rozmowę ze „skinami”. Okazało się, że to po prostu członkowie obozu survivalowego z Wrocławia i ochotnicy pogotowia GOPR. Rumunię znają bardzo dobrze, jechali tą trasą nie raz (stąd ten ich brak irytacji na „strachowki”, łapówki i inne przejawy urzędniczej inicjatywy). Granicę opuściliśmy w końcu  około pół do czwartej i przed piątą, już w Suczawie, taxówką po 0.5$ od łebka podjechaliśmy  na dworzec kolejowy. Jeden pociąg do Bukaresztu, odszedł o 22-ej z minutami i spóźniliśmy się nań z powodu guseł odprawianych na granicy. Następny był o 7.25, niestety droższy, bo express (RAPID). Poczekalnia o piątej nad ranem była jeszcze pusta a kasy zamknięte. Ratownicy - „skini” sprawnie rozbili prowizoryczny obóz, rozłożyli karimaty w kącie poczekalni, otoczyli plecakami, wylosowali wartownika i poszli spać. Nasi znajomi z gór zrobili to samo nieopodal, zapraszając Magdę na kawałek wolnego legowiska. Korzystając z sytuacji, zostawiłem plecak pod opieką pilnującego kolegów GOPR –owca, i poszedłem się przejść wokół dworca. Wdychając poranne wilgotne powietrze obserwowałem jak Suczawa budzi się ze snu. Wokół dworca nie ma wiele do oglądania, a nie chciałem się zapuszczać zbyt daleko. W knajpie przy dworcu wypiłem podłe, chociaż przynajmniej zimne i tanie (ok. 1 PLN) piwo i wymieniłem u barmana 10$ po kursie 1$ = 28 000 lejów. Kiedy wróciłem na dworzec, sklepy w poczekalni były już otwarte i dworzec powoli wypełniał się pierwszymi pasażerami. Asortyment towarów zróżnicowany, ceny trochę niższe niż w Polsce (wędliny, towary przemysłowe) i dużo niższe (alkohole, słodycze). Magda już wstała i kupiliśmy bilety -  245 000 lejów. 

Rumuńskie pociągi to temat sam w sobie nieprzebrany. Już obserwując ich standard i stan widać jak niewiele się tu zmieniło. Nasz express za prawie 10$ był brudny jak nieszczęście, a wagony sprawiały wrażenie jakby zaraz miały się rozlecieć. Każde zamkniecie lub otworzenie drzwi do przedziału wprawiało w dziki taniec wszystkie ściany, podobnie jak oparcie się o wyłożone półmetrową chyba warstwą gąbki siedzenia. Skaj, którymi je obito był tak zaświniony, że kiedy tylko dotknąłem go nogawką swoich jasnych spodni, pojawiła się idealnie czarna plama. Zasłonki w oknach bardziej przypominały zmywaki do garnków skrzyżowane z wycieraczką pod buty, ustalenie ich pierwotnego koloru byłoby niewykonalne nawet dla najzdolniejszego technika kryminalnego. Chyba z 10 minut czyściłem siedzenie przezornie zabraną małą gąbką i zużywając pół butelki wody mineralnej. Osiągnąłem tyle, że plama powstała po kontakcie z obiciem miała kolor szary. Dałem za wygraną i za przykładem Magdy, która nie przejmowała się takimi drobiazgami (inna sprawa, że była ubrana na ciemno), „z pewną taką nieśmiałością” wyciągnąłem się wzdłuż siedzenia. Mieliśmy cały przedział dla siebie, pociąg odjeżdżał prawie pusty. Nagle świat zawirował mi przed oczami i znalazłem się na podłodze. Wystarczył jeden mały ruch łokciem podłożonym pod głowę i półmetrowa gąbka niczym trampolina wyrzuciła mnie do góry. Na szczęście Magda już spała i moje akrobacje nie zostały ocenione niską notą za styl. Przynajmniej ten brud został wynagrodzony komfortem dostarczającym dodatkowych wrażeń. 

Punktualnie o 14.30 byliśmy na Gara du Nord w Bukareszcie. Pociąg do Stambułu był dopiero następnego dnia rano, za ok. 23$, co bardzo mi odpowiadało, gdyż chciałem pospacerować po mieście, wyspać się w hotelu i odświeżony wyruszyć dalej. Niestety Magda chciała jechać najszybciej jak to tylko możliwe i pojawiły się pierwsze rozdźwięki między naszym podejściem do wyprawy. Ja zdając sobie sprawę z tego, że droga jest bardzo długa i męcząca (jazda autokarem lub pociągiem, choćby z najpiękniejszymi widokami za oknem, przestaje być przyjemnością po jakichś 20 godzinach), chciałem uniknąć przynajmniej zmęczenia psychicznego wywołanego ciągłym pośpiechem, przeskakiwaniem z jednego pociągu do drugiego. Miałem też zamiar przynajmniej pobieżnie zwiedzać mijane po drodze większe miasta. Szyld hotelu „Bucegi” zapraszał naprzeciwko wyjścia z dworca. Nie miałem jednak ochoty na kłótnie i wyruszyliśmy na poszukiwanie autobusu do Stambułu. Było sobotnie popołudnie i mieliśmy kłopoty z wymianą dolarów, wszystkie napotkane kantory były zamknięte. W końcu, niedaleko dworca trafiliśmy na biuro podróży TOROS gdzie wymieniłem 5$ po kursie 1$ = 29 000 lejów. Biuro oferowało bilety do Stambułu za 25$, czyli drożej, niż to można wyczytać w przewodnikach lub internecie, ale w sobotę, z plecakami na ramionach, w 30 stopniowym upale, szukanie innego miejsca nie wróżyło sukcesów. Jeszcze raz zaproponowałem Magdzie nocleg – pozbywając się plecaków, wypoczęci, na pewno znajdziemy tańszą ofertę i nawet po zapłaceniu za hotel wyjdziemy na to samo. Niestety przysłowie, że kobiety nie da się przekonać w pełni się potwierdziło i nie chcąc prowokować spięć już na początku podróży, zgodziłem się na dalszą jazdę. Pocieszałem się, że najwyżej zwiedzę sobie Bukareszt w drodze powrotnej - jak się później okazało, przysłowie o nadziei również nie straciło na aktualności. Autokar był już podstawiony i szef biura zaoferował nam gratisową taksówkę, która dowiozła nas do stanowiska odjazdów. Nie było więc nawet czasu na kupienie czegoś do jedzenia i picia. Pocieszałem się, że cena zawiera wliczony posiłek i po drodze na pewno zatrzymamy się gdzieś „na popas”. Bukareszt oglądany z okien taksówki wyglądał całkiem zachęcająco. Nawet pomimo architektonicznej masakry dokonanej przez komunistów „Paryż wschodu” na pewno wart był przynajmniej kilku godzin spaceru. 

Nasz autokar prezentował się całkiem nieźle. Nowoczesny, czysty i co najważniejsze prawie pusty, najwyżej połowa miejsc była zajęta. Można było się wiec rozłożyć na obu siedzeniach wyciągając nogi na fotele w drugim rzędzie. 

Jazda była w miarę przyjemna, podano lody i zimne soki (w miarę, jeżeli nie liczyć tego, że byliśmy w drodze od 48 godzin), a przekroczenie granicy rumuńsko - bułgarskiej tym razem odbyło się prawie błyskawicznie (pół godziny) i bez stresu. Bułgaria nie wygląda na tak zdewastowaną komunizmem, jak mi się to na początku wydawało, być może dlatego, że nie przejeżdżaliśmy przez większe miasta z ich ponurymi blokowiskami. Bułgarska prowincja widziana z drogi wiodącej przez góry, to obraz turystycznego dolce vita, którego czasy świetności nawet jeżeli już przeminęły, to liczne wille, kurorty, niewiarygodnie lekko i elegancko (jak na komunistyczne budownictwo) wkomponowane w krajobraz, z pewnością kontrastują z wyobrażeniami o podupadłych ruderach a la PGR. W Polsce zestaw słów „droga” i „Bułgaria” najczęściej kojarzy się z kolorowymi paniami rozstawionymi rządkami wzdłuż pobocza, których obecność, rodzice w samochodach tłumaczą swoim dzieciom sprzedażą grzybów, jagód i innych leśnych frykasów, które dzisiaj  tatuś kupi jednak w sklepie. Bułgarskie pobocza również tętnią życiem, ale nie zauważyłem tam ostentacyjnych oznak handlu miłością. Wszechobecne, dosyć prymitywne i tandetnie efekciarskie sklepiki oferują dosłownie wszystko i dobrze świadczą o rozwoju handlu i przedsiębiorczości mieszkańców nawet małych miasteczek. Jednak ceny porównywalne do naszych nie pozostawiają wątpliwości, że jeżeli oficjalne statystyki dotyczące poziomu zarobków nie kłamią, to większość Bułgarów na wyeksponowane dobra może sobie jedynie popatrzeć, a klientami są głownie turyści. 

  

Made in Ataturk, czyli Turcja wita...